Życie mnie nie kocha, to jest konkluzja, która wchodzi w obieg z dniem dzisiejszym. Bo to, że jestem głupia i to w naprawdę KAŻDEJ dziedzinie, wszyscy zainteresowani zapewne wiedzą z naocznych obserwacji lub ewentualnie wysnuwają wniosek w oparciu o wypociny, które z mniejszą lub większą częstotliwością publikuję w internecie.
To tyle słowem wstępu.
Kolejną rzeczą, którą chciałabym się podzielić z czytelnikami mojego sWeet BLoogA$$sk@ :*:*:* jest to, że obecnie jestem w nastroju znanym powszechnie jako "bez kija nie podchodź", co znacząco wpływa na treści oraz formę zamieszczanych postów na wyżej wspomnianym ..::bLoGa$q::..
Co jeszcze.
Aha, pragnę wspomnieć, że Głupota (przez duże G!), której jestem mimowolną ambasadorką (bo nawet mi za to nie płacą), nie dotyczy wyłącznie sfery intelektualnej, ale także wszystkich pozostałych aspektów ludzkiego życia.
Z pozostałych ogłoszeń duszpasterskich pragnę przytoczyć, że mimo tego, że już tydzień siedzę sobie w uroczym mieście Łodzi, to nadal tęsknię za gorącem Sardynii i darmowymi drinkami. I przystojnymi facetami.
Że mam złe przeczucie a'propos niknącej powoli w mrokach dziejów matury AD 2011.
Że nie mam pomysłu, co ze sobą zrobię w razie ewentualnej (acz całkiem prawdopodobnej) klęski maturalnej.
I że w ogóle wkurwia mnie to, że w poniedziałek będę musiała po raz trzeci iść do dziekanatu, bo boska Bloody M. wraz ze swoją BFF, niżej zwaną SPECJALISTĄ ni cholery nie chce mi oddać tego, co wszak mi się kurwa należy jak psu zupa. Bo na ciężką chorobę jej moje świadectwo i zaświadczenie, że mogę pracować w laboratorium, gdzie jest BENZEN i jego pochodne. Rozumiem, jakby się modliła do mojego zacnego lica, które na ww dokumencie widnieje, ale po ostatniej awanturze może co najwyżej odprawiać na nim rytuał voodoo.
A Specjalista wcale nie lepsza, łajza.
Dała mi obiegówkę, gdzie muszę zaliczyć wszystkie katedry, nawet te, gdzie w życiu nie byłam ani nawet nie widziałam na oczy. Ale oczywiście kogo to obchodzi.
Jak ja uwielbiam narzekać. Tak naprawdę to jest chyba jedyna rzecz w życiu, która wychodzi mi naprawdę pierwszorzędnie.
A z rzeczy pozytywnych pragnę nadmienić, że zakwitł mi storczyk.
To tyle, dziękuję, dobranoc.
sobota, 11 czerwca 2011
poniedziałek, 30 maja 2011
Benvenuti!
Dzisiaj jest dzień, w którym chyba ukażę wam ciemną stronę mojej natury, całą podłość, jaką podszyte jest moje jestestwo, obnażę wszystkie swoje najgorsze, najciemniejsze cechy. A dlaczego? A dlatego, że za 2 dni kończy się maj, a to oznacza praktycznie tylko jedno: oddanie się we władanie Złej Królowej Sesji, ewentualnie w ręce jej młodszej siostry o wdzięcznym imieniu "Wystawianie ocen". A w czym ujawni się moja wrodzona podłość charakteru? A w tym, że właśnie niniejszym chciałam poinformować, iż w chwili obecnej znajduję się w uroczym przybytku na słonecznej Sardynii, gdzie słońce świeci nieprzerwanie, gdzie niebo zawsze jest błękitne, gdzie wszyscy się uśmiechają, a drinki z palemką przyjemnie chłodzą gardło, gdy cudownie lazurowa woda unosi moje ciało wraz z dmuchanym materacem na swojej powierzchni.
Jedyne, czego można się przyczepić to to, że średnia wieku osobników płci brzydkiej oscyluje wokół 60+. Ale, jak to mówią, nie można mieć wszystkiego.
Pozdrawiając was prosto z Costa Smeralda, pragnę jednocześnie życzyć tego, żeby sesja poszła gładko, żeby w sklepach nie zabrakło kawy ani redbulla, żeby sklepy papiernicze miały bogaty wybór kolorowych zakreślaczy, żeby doba miała przynajmniej 30h,a przede wszystkim życzę wam tego, żeby było już PO SESJI ;)
Ja się zmywam na DISCO-ITALIANO, gdzie prym wiedzie pewna ciekawa grupa francuskich old-boyów, którzy ponoć cudownie się wczuwają, śpiewając "Lasciate mi cantare...!".
Nie mogę tego przegapić!
Jedyne, czego można się przyczepić to to, że średnia wieku osobników płci brzydkiej oscyluje wokół 60+. Ale, jak to mówią, nie można mieć wszystkiego.
Pozdrawiając was prosto z Costa Smeralda, pragnę jednocześnie życzyć tego, żeby sesja poszła gładko, żeby w sklepach nie zabrakło kawy ani redbulla, żeby sklepy papiernicze miały bogaty wybór kolorowych zakreślaczy, żeby doba miała przynajmniej 30h,a przede wszystkim życzę wam tego, żeby było już PO SESJI ;)
Ja się zmywam na DISCO-ITALIANO, gdzie prym wiedzie pewna ciekawa grupa francuskich old-boyów, którzy ponoć cudownie się wczuwają, śpiewając "Lasciate mi cantare...!".
Nie mogę tego przegapić!
poniedziałek, 23 maja 2011
ekhem.
Od prawie tygodnia mogę cieszyć się pełnoprawnymi wakacjami. To znaczy, prawie pełnoprawnymi, bo gdybym było odrobinę bardziej przyzwoita, to bym teraz w pocie czoła wkuwała zoologię kręgowców, botanikę systematyczną, biologię komórki, fizykę i matematykę. Ale że najczęściej idę po najmniejszej linii oporu, wątpliwa przyjemność sesji letniej na BiOŚ mnie NIE DOTYCZY. Ave Maria.
Co do zeszłotygodniowej chemii, z niecierpliwością oczekuję porażki tysiąclecia. Jak to w doskonały sposób określiła k, Człowiek Skurwiel w tym roku przyłożył się do pracy, czego efektem będzie moja niewątpliwa klęska. I STRASZNIE, po prostu ZAJEBIŚCIE wkurwiają mnie ludzie, z którymi rozmawiam, lub których światłe wypowiedzi czytam, że przecież ta matura była taka łatwa...! Oczywiście. Jak się siedzi na dupce w domu, z kubkiem kawy w ręce,ze świadomością nieograniczonego w zasadzie czasu pracy, mając na podorędziu jakiś zeszyt, podręcznik czy repetytorium, do którego w razie potrzeby można zajrzeć, oczywiście się do tego publicznie nie przyznając, bo przecież "ja to wiem, tylko sprawdzam", to rzeczywiście, ta matura nie była trudna. Natomiast dla kogoś, kto ma świadomość, że ma 2,5h, żeby zapewnić sobie wymarzoną przyszłość i widzi zadania, które ni cholery nie przystają do standardowych zadań maturalnych, ma prawo być trudna.
To tyle a'propos plucia żółcią. Tym samym zakańczam temat matury.
Już jest po wszystkim, jest piękna pogoda, jest zielono, świeci słońce, a zapach przekwitającego bzu miesza się z zapachem karkówki z grilla. Słyszę, jak ojciec wrzeszczy na dziecko, że "przecież juz jesteś kurwa wystarczająco brudny, nie musisz wjeżdżać w to błoto!", widzę chmury, które sobie leniwie płyną po niebie, i muszę szczerze przyznać, że jestem szczęśliwa, że do 30.VI mam jeszcze tak duuuużo czasu.
A, no i prawie zapomniałam. Oto lista subiektywnie najlepszych słów kluczowych, dzięki którym ludzie trafili na mojego bloga. Cieszę się, że mam takich kreatywnych czytelników! ;P
1. Kurwy studentki z Zielonej Góry (dla mnie zdecydowany faworyt zestawienia. Tylko dlaczego Zielona Góra?)
2. Moja pasja biologia (bynajmniej)
3. Bloody Mary i inne potwory (zdecydowanie 3 RAZY TAK!)
4. Biologia kutas łatwe doświadczenie biologiczne na lekcje szybko kurwa (idealnie określone zacieśnienie poszukiwań! Lubię to!)
Dziękuję, dobranoc.
Co do zeszłotygodniowej chemii, z niecierpliwością oczekuję porażki tysiąclecia. Jak to w doskonały sposób określiła k, Człowiek Skurwiel w tym roku przyłożył się do pracy, czego efektem będzie moja niewątpliwa klęska. I STRASZNIE, po prostu ZAJEBIŚCIE wkurwiają mnie ludzie, z którymi rozmawiam, lub których światłe wypowiedzi czytam, że przecież ta matura była taka łatwa...! Oczywiście. Jak się siedzi na dupce w domu, z kubkiem kawy w ręce,ze świadomością nieograniczonego w zasadzie czasu pracy, mając na podorędziu jakiś zeszyt, podręcznik czy repetytorium, do którego w razie potrzeby można zajrzeć, oczywiście się do tego publicznie nie przyznając, bo przecież "ja to wiem, tylko sprawdzam", to rzeczywiście, ta matura nie była trudna. Natomiast dla kogoś, kto ma świadomość, że ma 2,5h, żeby zapewnić sobie wymarzoną przyszłość i widzi zadania, które ni cholery nie przystają do standardowych zadań maturalnych, ma prawo być trudna.
To tyle a'propos plucia żółcią. Tym samym zakańczam temat matury.
Już jest po wszystkim, jest piękna pogoda, jest zielono, świeci słońce, a zapach przekwitającego bzu miesza się z zapachem karkówki z grilla. Słyszę, jak ojciec wrzeszczy na dziecko, że "przecież juz jesteś kurwa wystarczająco brudny, nie musisz wjeżdżać w to błoto!", widzę chmury, które sobie leniwie płyną po niebie, i muszę szczerze przyznać, że jestem szczęśliwa, że do 30.VI mam jeszcze tak duuuużo czasu.
A, no i prawie zapomniałam. Oto lista subiektywnie najlepszych słów kluczowych, dzięki którym ludzie trafili na mojego bloga. Cieszę się, że mam takich kreatywnych czytelników! ;P
1. Kurwy studentki z Zielonej Góry (dla mnie zdecydowany faworyt zestawienia. Tylko dlaczego Zielona Góra?)
2. Moja pasja biologia (bynajmniej)
3. Bloody Mary i inne potwory (zdecydowanie 3 RAZY TAK!)
4. Biologia kutas łatwe doświadczenie biologiczne na lekcje szybko kurwa (idealnie określone zacieśnienie poszukiwań! Lubię to!)
Dziękuję, dobranoc.
wtorek, 10 maja 2011
the past is weakness
No i po biologii, dzięki za to niebiosom.
Odnoszę wrażenie, że choćbym zdawała maturę rok w rok przez kolejne 30 lat, to stres wcale mi się nie zmniejsza, a wręcz przeciwnie. Myślałam, że jestem psychicznie odporna i wewnętrznie silna, ale chyba wyszła słabość charakteru, bo wczorajszej nocy z pewnością do godnie przespanych zaliczyć nie mogę.
Nie wiem tylko, czy jest to spowodowane mentalną trzęsawką vel podświadomym stresem czy może raczej tym, że pewna piosenka utkwiła mi w głowie na tyle silnie, że (bez względu na to, jak głupio to zabrzmi to naprawdę tak jest) nie mogłam się skupić na spaniu. Whatever.
A wracając do istoty rzeczy, to matura, łaska twoja spłynęła na nas - maturzystów, o Wielki Potworze Spaghetti!, nie rozjebała mnie dokumentie, a to uważam za niezwykle radosną wiadomość. Co prawda zadanie z iście genialnym doświadczeniem będzie mi się teraz śnić po nocach, ale ponoć zrobiłam je dobrze, więc spuszczam z tonu.
Całe szczęście, pozostałe zadania były całkiem znośne, niektóre wręcz aż podejrzanie łatwe, bo o tych, co jednak kazały mi chwilę pomyśleć nie warto wspominać ;)
Teraz tylko wypada mi czekać do przyszłego tygodnia, kiedy to będę zmuszona zmierzyć się z chemią. I sama nie wiem, czy najgorsze już za mną, czy jeszcze nie.
Nie chcę krakać, w związku z czym spluwam i odpukuję w niemalowane (chyba tak to się robi, prawda?), ale wydaje mi się, że będzie lepiej niż w zeszłym roku.
Odpukuję jeszcze raz po trzykroć i zaczynam odliczanie do chemii.
Trzymajcie kciuki.
Odnoszę wrażenie, że choćbym zdawała maturę rok w rok przez kolejne 30 lat, to stres wcale mi się nie zmniejsza, a wręcz przeciwnie. Myślałam, że jestem psychicznie odporna i wewnętrznie silna, ale chyba wyszła słabość charakteru, bo wczorajszej nocy z pewnością do godnie przespanych zaliczyć nie mogę.
Nie wiem tylko, czy jest to spowodowane mentalną trzęsawką vel podświadomym stresem czy może raczej tym, że pewna piosenka utkwiła mi w głowie na tyle silnie, że (bez względu na to, jak głupio to zabrzmi to naprawdę tak jest) nie mogłam się skupić na spaniu. Whatever.
A wracając do istoty rzeczy, to matura, łaska twoja spłynęła na nas - maturzystów, o Wielki Potworze Spaghetti!, nie rozjebała mnie dokumentie, a to uważam za niezwykle radosną wiadomość. Co prawda zadanie z iście genialnym doświadczeniem będzie mi się teraz śnić po nocach, ale ponoć zrobiłam je dobrze, więc spuszczam z tonu.
Całe szczęście, pozostałe zadania były całkiem znośne, niektóre wręcz aż podejrzanie łatwe, bo o tych, co jednak kazały mi chwilę pomyśleć nie warto wspominać ;)
Teraz tylko wypada mi czekać do przyszłego tygodnia, kiedy to będę zmuszona zmierzyć się z chemią. I sama nie wiem, czy najgorsze już za mną, czy jeszcze nie.
Nie chcę krakać, w związku z czym spluwam i odpukuję w niemalowane (chyba tak to się robi, prawda?), ale wydaje mi się, że będzie lepiej niż w zeszłym roku.
Odpukuję jeszcze raz po trzykroć i zaczynam odliczanie do chemii.
Trzymajcie kciuki.
piątek, 6 maja 2011
really...?
chciałam tylko powiedzieć, że mam wrażenie, że ledwo miesiąc temu była matura, a już 4 dni jest znowu. ZAJEBIŚCIE szybko leci mi ostatnio czas i po prostu na nic nie mam czasu. A już najmniej na naukę.
Prawdopodbnie się starzeję, ale naprawdę wydaje mi się, że wszystko było tak niedawno. Patologiczna impreza na koniec roku w Czerwonej Rakiecie, matura z polskiego i WYWIAD DO RADIA (autografy i czas dla fotoreporterów zaraz po wywiadzie dla "Pudelka"), olbrzymia ulga po maturze z matmy, depresja po biologii i kompletne załamanie po chemii ;)
A potem całe dłuuuugie, alkoholowo-imprezowe wakacje. A potem studia na BiOŚ.
Jezu. A za parę dni powtórka z rozrywki.
Jeśli chcecie znać moją opinię to sikam w gacie ze strachu. Przepraszam za tę wybitnie liryczną metaforę, ale nic innego lepiej tego nie odda.
Dzisiaj po raz ostatni udałam się na korki z biologii i bardzo dobitnie do mnie dotarło, że to oznacza tylko jedno.
MATURA NAPRAWDĘ JUŻ TU JEST.
Cały rok czekałam na to, żeby ten cały wytwór chorej wyobraźni pań i panów z CKE napisać.
Więc chyba kurwa nie mam wyboru!
Trzymajcie kciuki, proszę was.
Jak nie po to, żeby udało mi się to w miarę porządnie zdać, to choćby po to, żeby przez kolejny rok nie wczytywać się w gorzkie żale mojego autorstwa.
Z poważaniem,
Królowa Wszechrzeczy
Prawdopodbnie się starzeję, ale naprawdę wydaje mi się, że wszystko było tak niedawno. Patologiczna impreza na koniec roku w Czerwonej Rakiecie, matura z polskiego i WYWIAD DO RADIA (autografy i czas dla fotoreporterów zaraz po wywiadzie dla "Pudelka"), olbrzymia ulga po maturze z matmy, depresja po biologii i kompletne załamanie po chemii ;)
A potem całe dłuuuugie, alkoholowo-imprezowe wakacje. A potem studia na BiOŚ.
Jezu. A za parę dni powtórka z rozrywki.
Jeśli chcecie znać moją opinię to sikam w gacie ze strachu. Przepraszam za tę wybitnie liryczną metaforę, ale nic innego lepiej tego nie odda.
Dzisiaj po raz ostatni udałam się na korki z biologii i bardzo dobitnie do mnie dotarło, że to oznacza tylko jedno.
MATURA NAPRAWDĘ JUŻ TU JEST.
Cały rok czekałam na to, żeby ten cały wytwór chorej wyobraźni pań i panów z CKE napisać.
Więc chyba kurwa nie mam wyboru!
Trzymajcie kciuki, proszę was.
Jak nie po to, żeby udało mi się to w miarę porządnie zdać, to choćby po to, żeby przez kolejny rok nie wczytywać się w gorzkie żale mojego autorstwa.
Z poważaniem,
Królowa Wszechrzeczy
wtorek, 19 kwietnia 2011
I salute you, Christopher.
Tyle dzieje się wokół, że prawie zapomniałam, do czego służy komputer, a tym bardziej o tym, że ongiś zdecydowałam się prowadzić bloga. Stąd obserwowane od dłuższego czasu ZAPUSZCZENIE wyżej wspomnianego.
Jako rzekłam. Olbrzymia ilość mniej lub bardziej szczęśliwych wydarzeń spadła na moją skromną osobę, i trzeba sobie z nimi, z większym lub mniejszym entuzjazmem, radzić. Zważywszy na to, że większość z nich to skrajnie niemedialne wydarzenia, pozwólcie, że nie będę się z wami nimi dzielić ;) Nic ciekawego.
Z nieco bardziej emocjonujących warto wspomnieć o tym, że na dzień dzisiejszy przewidziałam powtórkę z tkanek zwierzęcych i bezkręgowców, ze szczególnym naciskiem na pasożyty (my love). Dobra, żartowałam. Nie wiem, jak bardzo trzeba być spaczonym, żeby to zdanie wzbudziło choć iskrę zainteresowania ;D
A tak poważnie, to cały weekend cudownie zmarnowałam, ale zdecydowanie NIE ŻAŁUJĘ. Po raz kolejny udało mi się nawiedzić STOLYCĘ, tym razem w celu nieco bardziej kulturalnym, niż zwykle. Bo generalnie zwykle chodziło o dobrą imprezę, kiedy MIMO SZCZERYCH CHĘCI nie mogę wrócić do domu ;) Oczywiście wyłącznie z tego względu, że ostatni pociąg do Łodzi odjeżdza o 23.
Ten weekend upłynął pod znakiem IAMX, pod znakiem koncertu na który czekałam, odkąd tylko udało mi się zdobyć nań bilet, tj. circa pół roku. I absolutnie się nie zawiodłam. Mało tego, chyba otrzymałam znacznie więcej niż mogłabym oczekiwać. Na tak genialnym koncercie nie byłam jeszcze nigdy i prawdopodbnie długo przyjdzie mi czekać na kolejny równie mistrzowski. I Chris Corner, któremu udzieliła się energia bijąca od publiczności, który zakończył występ naprawdę szczerym "Love you, fuckers. You're the craziest people in the world, believe". Zdecydowanie he made my day.
Ale już koniec, basta. Nakręciłam się.
W każdym razie matura już zatrważająco niedługo, a ja z każdym dniem mam poczucie, że umiem coraz mniej. Ponoć do normalny (i dobry) objaw, ale zdecydowanie mało komfortowy. Jedyne czego teraz pragnę, to pożądne wakacje, z dala od Operonu, Omegi, WSiPu, Medyka i czego tam jeszcze chcecie.
A już tak w ogóle najchętniej to wyjechałabym na Bora-Bora, wystawiła tyłek do słońca, otoczyła się wianuszkiem przystojnych tubylców i przenośną destylarnią rumu, włożyłabym słuchawki w uszy i myślała tylko o tym, jak to zajebiście jest leżeć na plaży na Bora-Bora dupą do góry.
A w sumie kto wie? Po maturze sprawdzę last minute.
;)
Jako rzekłam. Olbrzymia ilość mniej lub bardziej szczęśliwych wydarzeń spadła na moją skromną osobę, i trzeba sobie z nimi, z większym lub mniejszym entuzjazmem, radzić. Zważywszy na to, że większość z nich to skrajnie niemedialne wydarzenia, pozwólcie, że nie będę się z wami nimi dzielić ;) Nic ciekawego.
Z nieco bardziej emocjonujących warto wspomnieć o tym, że na dzień dzisiejszy przewidziałam powtórkę z tkanek zwierzęcych i bezkręgowców, ze szczególnym naciskiem na pasożyty (my love). Dobra, żartowałam. Nie wiem, jak bardzo trzeba być spaczonym, żeby to zdanie wzbudziło choć iskrę zainteresowania ;D
A tak poważnie, to cały weekend cudownie zmarnowałam, ale zdecydowanie NIE ŻAŁUJĘ. Po raz kolejny udało mi się nawiedzić STOLYCĘ, tym razem w celu nieco bardziej kulturalnym, niż zwykle. Bo generalnie zwykle chodziło o dobrą imprezę, kiedy MIMO SZCZERYCH CHĘCI nie mogę wrócić do domu ;) Oczywiście wyłącznie z tego względu, że ostatni pociąg do Łodzi odjeżdza o 23.
Ten weekend upłynął pod znakiem IAMX, pod znakiem koncertu na który czekałam, odkąd tylko udało mi się zdobyć nań bilet, tj. circa pół roku. I absolutnie się nie zawiodłam. Mało tego, chyba otrzymałam znacznie więcej niż mogłabym oczekiwać. Na tak genialnym koncercie nie byłam jeszcze nigdy i prawdopodbnie długo przyjdzie mi czekać na kolejny równie mistrzowski. I Chris Corner, któremu udzieliła się energia bijąca od publiczności, który zakończył występ naprawdę szczerym "Love you, fuckers. You're the craziest people in the world, believe". Zdecydowanie he made my day.
Ale już koniec, basta. Nakręciłam się.
W każdym razie matura już zatrważająco niedługo, a ja z każdym dniem mam poczucie, że umiem coraz mniej. Ponoć do normalny (i dobry) objaw, ale zdecydowanie mało komfortowy. Jedyne czego teraz pragnę, to pożądne wakacje, z dala od Operonu, Omegi, WSiPu, Medyka i czego tam jeszcze chcecie.
A już tak w ogóle najchętniej to wyjechałabym na Bora-Bora, wystawiła tyłek do słońca, otoczyła się wianuszkiem przystojnych tubylców i przenośną destylarnią rumu, włożyłabym słuchawki w uszy i myślała tylko o tym, jak to zajebiście jest leżeć na plaży na Bora-Bora dupą do góry.
A w sumie kto wie? Po maturze sprawdzę last minute.
;)
Etykiety:
jestem kajakiem bo się kajam,
koncerciki,
matura to bzdura
niedziela, 3 kwietnia 2011
yes, indeed!
Nadmierny optymizm przeze mnie przemawia ostatnimi czasy, i sama nie wiem, czy to dobrze, czy wręcz przeciwnie.
Ale tak w sumie to się cieszę. Wolę nastrój wiosennego ogłuszenia, niż styczniowo-lutowe dni typu kutas. W ogóle, cholera, jakoś tak mi lżej na sercu. Wystarczyło parę dni słońca i kilka świeżych zielonych liści (liści NA DRZEWACH mam na myśli), a nagle tyle spraw się wyklarowało, uporządkowało. Widać nastrój udziela się nie tylko mnie.
W piątek jeden uczeń podstawówki, na oko 3-4 klasa, made my day . Z racji tego, że w mojej rodzinie jestem prawdopodbnie najstarszym przedstawicielem, co by nie było w dalszym ciągu MŁODEGO POKOLENIA (ale chyba już i tak bliżej niż dalej mi do seniorów), czasem muszę pokazać, jaka jestem dobra ciocia i wybrać się po któreś z dzieci do szkoły vel przedszkola. To było tytułem wstępu, co by nie było nieporozumień ;) Nie chodzę pod szkoły, dlatego że jestem Pedobearem w sukience ;)
W każdym razie, taka sytuacja miała miejsce w piątek, który, co warto dodać, był dniem wyjątkowo urodziwym.
Zaraz po dzwonku, kiedy cała ta czerada dzieci wylała się ze szkoły (ja nie wiem, gdzie tu niby jest ten niż demograficzny, MILIARDY są tych dzieci), obok mnie stanęło ww. młody człowiek, spojrzał w niebo i takoż rzekł: "STARA, ALE RZEŹNIA".
Dojście do siebie zajęło mi potem zadziwiająco dużo czasu. To był najintensywniejszy atak śmiechu od czasów, gdy mój profesor od matematyki przebrał się w maskę na Halloween, gdzie nie było otworów na oczy i rąbnął w drzwi sali od biologii. Odbił się i poszedł dalej.
A tak notabene, to chyba mam zdolność przyciągania facetów.
Kategoria <10, ale jak się nie ma, co się lubi... ;)
Za miesiąc+ jest MATURA. Dociera to do mnie coraz wyraźniej i chyba dużo bardziej mnie to stresuje, aniżeli w zeszłym roku.
A w sumie w dupie to mam. Muszę skończyć się tak tym przejmować, bo na moje zdrowie psychiczne (a raczej to, co z niego pozostało) nie działa to najlepiej.
W końcu to tylko mały, głupi, pojebany egzamin.
Rozkurwię ;)
p.s: "...najlepsze miesiące to kwiecień, czerwiec, maj!" ;)))
Ale tak w sumie to się cieszę. Wolę nastrój wiosennego ogłuszenia, niż styczniowo-lutowe dni typu kutas. W ogóle, cholera, jakoś tak mi lżej na sercu. Wystarczyło parę dni słońca i kilka świeżych zielonych liści (liści NA DRZEWACH mam na myśli), a nagle tyle spraw się wyklarowało, uporządkowało. Widać nastrój udziela się nie tylko mnie.
W piątek jeden uczeń podstawówki, na oko 3-4 klasa, made my day . Z racji tego, że w mojej rodzinie jestem prawdopodbnie najstarszym przedstawicielem, co by nie było w dalszym ciągu MŁODEGO POKOLENIA (ale chyba już i tak bliżej niż dalej mi do seniorów), czasem muszę pokazać, jaka jestem dobra ciocia i wybrać się po któreś z dzieci do szkoły vel przedszkola. To było tytułem wstępu, co by nie było nieporozumień ;) Nie chodzę pod szkoły, dlatego że jestem Pedobearem w sukience ;)
W każdym razie, taka sytuacja miała miejsce w piątek, który, co warto dodać, był dniem wyjątkowo urodziwym.
Zaraz po dzwonku, kiedy cała ta czerada dzieci wylała się ze szkoły (ja nie wiem, gdzie tu niby jest ten niż demograficzny, MILIARDY są tych dzieci), obok mnie stanęło ww. młody człowiek, spojrzał w niebo i takoż rzekł: "STARA, ALE RZEŹNIA".
Dojście do siebie zajęło mi potem zadziwiająco dużo czasu. To był najintensywniejszy atak śmiechu od czasów, gdy mój profesor od matematyki przebrał się w maskę na Halloween, gdzie nie było otworów na oczy i rąbnął w drzwi sali od biologii. Odbił się i poszedł dalej.
A tak notabene, to chyba mam zdolność przyciągania facetów.
Kategoria <10, ale jak się nie ma, co się lubi... ;)
Za miesiąc+ jest MATURA. Dociera to do mnie coraz wyraźniej i chyba dużo bardziej mnie to stresuje, aniżeli w zeszłym roku.
A w sumie w dupie to mam. Muszę skończyć się tak tym przejmować, bo na moje zdrowie psychiczne (a raczej to, co z niego pozostało) nie działa to najlepiej.
W końcu to tylko mały, głupi, pojebany egzamin.
Rozkurwię ;)
p.s: "...najlepsze miesiące to kwiecień, czerwiec, maj!" ;)))
Etykiety:
autobiografia,
lista przebojów,
lucky man,
matura to bzdura
Subskrybuj:
Posty (Atom)