czasem zastanawiam się nad tym, dlaczego jedni ludzie mają szczęście, ot tak, na kiwnięcie palcem, a inni muszą na coś ciężko harować, zanim zobaczą bodaj pierwsze efekty. Naprawdę, nurtuje mnie to niemożebnie.
Myślę, że nietrudno się domyślić, gdzie jest moje miejsce.
I wiem, wiem, WIEM, że straszliwie przynudzam. Do urzygania piszę o tym samym, bez przerwy się użalam i stękam nad moim marnym losem.
No i trudno, kurwa mać.
Mam prawo.
Cały wrzesień minął mi na uprzyjemnianiu sobie życia. No i dobrze. Tylko że idylla trwała do zeszłego piątku, kiedy zdałam sobie sprawę, że właśnie rozpoczynam ostatni tydzień wakacji i za siedem dni będę musiała stawić się w gmachu na ulicy Banacha, ażeby słuchać o cyklu rozwojowym buławinki czerwonej. I nie byłoby to może aż tak złe, gdyby nie to, że wredny głos w głowie (schizofrenia?) bez przerwy trajkocze mi nad uchem, że INNI będą w tym czasie spełniać swoje marzenie o byciu lekarzem, uczyć się anatomii, i walić się Bochenkiem po łbach.
Zwłaszcza że INNI to moi najlepsi przyjaciele.
Łatwo nie jest, powiem szczerze. Zaczynam żałować, powiem więcej, zajebiście żałuję, że nie poszłam na płatne studia na lekarskim. Wszystko lepsze niż ta cała pojebana biologia. Teraz żałuję nawet tego, że nie poszłam na COKOLWIEK, byleby na UMedzie. Bo coś czuję, że na tym całym uniwersytecie czeka na mnie cała armia lapsów.
No i generalnie jest beznadziejnie. Nie ogarniam USOSa. Nie ogarniam tych wszystkich maleńkich uniwersyteckich ulic. Nie ogarniam tego, że UMed już się zintegrował, a ja nie znam nawet jednego człowieka na tej całej biologii.
Już bym chyba wolała, żeby był maj i żebym mogła jeszcze raz napisać maturę. Bo najgorsze to będzie to całe wegetowanie na tej całej pojebanej biologii.
Niech mnie ktoś przytuli.
poniedziałek, 27 września 2010
wtorek, 7 września 2010
*.*
o jeziusie nazareński, jakże mnie tu dawno nie było o.0 chyba powinnam się nieco usprawiedliwić...tyle że nie wiem jak. Z życia mam się tłumaczyć? To raczej życie powinno tłumaczyć się MNIE, dlaczego traktuje mnie jak ostatnie gówno.
Ja sobie naprawdę zdaję sprawę, że moje narzekania, malkontenctwo i-w-ogóle są straszliwie wkurwiające. Wiem, bo mnie samą też to wkurwia. No ale nie da rady inaczej, muszę sobie trochę popisać.
Zdążyłam się już pogodzić z tym, że jestem rok w plecy względem medycyny. co wcale nie oznacza, że mi to łatwo przyszło, wręcz przeciwnie. Przerobiłam wwszystkie objawy rozczarowania, łącznie z histerią, rozbijaniem talerzy, nieodzywaniem się do nikogo na przemian z wrzaskami i ryczeniu po nocy w poduszkę. W każdym razie już nie reaguję szklanymi oczami na każde wspomnienie o medycynie. Ale nie ma co ukrywać, że w dalszym ciągu odczuwam takie gniecenie w dołku, kiedy choćby słucham o ludziach, którzy się dostali. No, trochę przykro jest.
Za to od października zaczynam się uczyć na uniwerku, na biologii. Całe te studia traktuję bardziej jako korki do matury, aniżeli faktyczne studia biologiczne i myślę, że to mi trochę pomaga. W każdym razie znam ludzi, którzy z takim samym zamierzeniem poszli na chemię i troszkę się rozczarowali, gdy zobaczyli plan zajęć ;P generalnie chcąc poprawiać matmę proponuję iść na pierwszy rok chemii ;) całe szczęście na biologii plan umożliwia mi spokojną naukę do matury. Na pierwszym roku na UŁ studenci biologii mają zoologię, botanikę, chemię nieorganiczną... W drugim semestrze co prawda nieco mnie niepokoi fizyka i matma, no ale przeżyłam fizykę z prof. W. w liceum, to przeżyję wszystko ;)
No i zaczęłam szukać dobrego korepetytora do chemii. I generalnie sytuacja jest dramatyczna, ja nie wiem, co jest z tymi ludźmi. Chociaż gorzej niż w zeszlym roku to chyba nie może być. Serio. Mój zeszłoroczny korepetytor z pozoru był kandydatem idealnym: wykładowca na UMedzie, na farmacji, doktorant, a oprócz tego zatrudniony na pół etatu w jednym z łódzkich liceów. Bajeczka. Tylko że nikt mnie nie poinformował, że jest wstrętnym szowinistą i ogromną przyjemność sprawia mu, gdy może zrobić komuś przykrość, obojętnie w jakiej dziedzinie. I oczywiście nie wprost, tylko takie prztyczki, takie "niby nic". W końcu jak kiedyś wyszłam z płaczem, to stwierdziłam, że więcej już się tam nie pojawię.
Tak więc teraz prowadzę ostrą selekcję ;P Dzwoniłam do mojej pani profesor z liceum, która odeszła na emeryturę, kiedy szliśmy do trzeciej klasy, ale powiedziała, że ze smutkiem musi mi odmówić, bo wyjeżdża już na stałe do Wrocławia, do swojej córki. Szkoda, bo zawsze lepiej jest się uczyć z kimś, kogo się zna choć trochę.
Teraz pozostaje mi już tylko szukać dalej.
No i jeszcze zapłacić za legitymację studencką!!! Zapomniałam, cholera jasna!!!
Ja sobie naprawdę zdaję sprawę, że moje narzekania, malkontenctwo i-w-ogóle są straszliwie wkurwiające. Wiem, bo mnie samą też to wkurwia. No ale nie da rady inaczej, muszę sobie trochę popisać.
Zdążyłam się już pogodzić z tym, że jestem rok w plecy względem medycyny. co wcale nie oznacza, że mi to łatwo przyszło, wręcz przeciwnie. Przerobiłam wwszystkie objawy rozczarowania, łącznie z histerią, rozbijaniem talerzy, nieodzywaniem się do nikogo na przemian z wrzaskami i ryczeniu po nocy w poduszkę. W każdym razie już nie reaguję szklanymi oczami na każde wspomnienie o medycynie. Ale nie ma co ukrywać, że w dalszym ciągu odczuwam takie gniecenie w dołku, kiedy choćby słucham o ludziach, którzy się dostali. No, trochę przykro jest.
Za to od października zaczynam się uczyć na uniwerku, na biologii. Całe te studia traktuję bardziej jako korki do matury, aniżeli faktyczne studia biologiczne i myślę, że to mi trochę pomaga. W każdym razie znam ludzi, którzy z takim samym zamierzeniem poszli na chemię i troszkę się rozczarowali, gdy zobaczyli plan zajęć ;P generalnie chcąc poprawiać matmę proponuję iść na pierwszy rok chemii ;) całe szczęście na biologii plan umożliwia mi spokojną naukę do matury. Na pierwszym roku na UŁ studenci biologii mają zoologię, botanikę, chemię nieorganiczną... W drugim semestrze co prawda nieco mnie niepokoi fizyka i matma, no ale przeżyłam fizykę z prof. W. w liceum, to przeżyję wszystko ;)
No i zaczęłam szukać dobrego korepetytora do chemii. I generalnie sytuacja jest dramatyczna, ja nie wiem, co jest z tymi ludźmi. Chociaż gorzej niż w zeszlym roku to chyba nie może być. Serio. Mój zeszłoroczny korepetytor z pozoru był kandydatem idealnym: wykładowca na UMedzie, na farmacji, doktorant, a oprócz tego zatrudniony na pół etatu w jednym z łódzkich liceów. Bajeczka. Tylko że nikt mnie nie poinformował, że jest wstrętnym szowinistą i ogromną przyjemność sprawia mu, gdy może zrobić komuś przykrość, obojętnie w jakiej dziedzinie. I oczywiście nie wprost, tylko takie prztyczki, takie "niby nic". W końcu jak kiedyś wyszłam z płaczem, to stwierdziłam, że więcej już się tam nie pojawię.
Tak więc teraz prowadzę ostrą selekcję ;P Dzwoniłam do mojej pani profesor z liceum, która odeszła na emeryturę, kiedy szliśmy do trzeciej klasy, ale powiedziała, że ze smutkiem musi mi odmówić, bo wyjeżdża już na stałe do Wrocławia, do swojej córki. Szkoda, bo zawsze lepiej jest się uczyć z kimś, kogo się zna choć trochę.
Teraz pozostaje mi już tylko szukać dalej.
No i jeszcze zapłacić za legitymację studencką!!! Zapomniałam, cholera jasna!!!
Etykiety:
gorzkie żale,
jestem kajakiem bo się kajam,
matura to bzdura
wtorek, 17 sierpnia 2010
"Pojutrze się dowiem, co było jutro..."
Tak szczerze mówiąc, to nie za bardzo jest o czym pisać, kiedy są wakacje i absolutnie nic się nie dzieje. Bo o czym miałabym pisać? O frustracji, która wypełnia każdą komórkę mojego ciała? No chyba nie. O tygodniowych imprezach na działkach różnych znajomych? No chyba nie. O pogodzie? Nie. O MPK? Nie.
No nie ma o czym, cholera, nie ma o czym.
W związku z tym, że doszłam do tego typu wniosków, postanowiłam, że aż do końca wakacji zamiast opisywać jak dobrze bawię się w Grotnikach albo somewhere else, będę dawać upust mojemu filozoficznemu obliczu, stosunkowo mało znanemu i w sumie nie często używanemu. Na pierwszy ogień miała iść moja skromna osoba, jako iż jako Królowa Wszechrzeczy charakteryzuję się nadmiernym egoizmem, egotyzmem i egocentryzmem. Ale po przemyśleniu, notabene wcale nie krótkim, doszłam do wniosku (wiem, wiem. nadużywam "doszłam do wniosku"), że mimo wszystko może lepiej nie zaczynać wszystkiego OD SIEBIE, bo sama sobie zrobię czarny PR, a tego byśmy NIE CHCIELI.
Tak więc, proszę państwa, porozmawiajmy o kinie.
Tutaj następuje ten moment, kiedy muszę w jakiś logiczny sposób rozpocząć przywołaną myśl. A więc w najbardziej oczywisty, intuicyjny sposób zacznę OD SIEBIE.
Kino jest moją pasją, ale, co być może warto zaakcentować, stosunkowo niedawno odkrytą. Jest jedną z pięciu Wielkich Pasji Królowej Wszechrzeczy.
I błagam, absolutnie mi nie wierzcie, jak kiedykolwiek powiem, że nie mam ochoty iść do kina. Jestem w stanie pójśc pięć razy na jeden film, jeśli uważam, że jest wart wydania 21 złotych polskich, czy ile tam kosztuje bilet i ten tekst, że "nie chcę mi się" stosuję tylko w wyjątkowych sytuacjach (i nie mówimy tu o braku gotówki, ustawicznym z resztą, ale o sytuacjach naprawdę KRYZYSOWYCH).
I faktem jest, że na komedie mogę chodzić tylko z prawdziwymi przyjaciółmi. Jakoś nie potrafię się śmiać przy kimś, kto mnie krępuje w jakikolwiek sposób.
A na pozostałe filmy preferuję chodzić sama. Więc randka w kinie to pomysł chyba średni. No chyba że horror. To jest wybitnie randkowy gatunek. O tak. Tak. TAK.
Nie pojmuję fascynacji ludzi amerykańskimi komediami z Jennifer Aniston. Naprawdę, nie ogarniam. Bo ja nie twierdzę, że wszystkie amerykańskie komedie są ZŁE. Ale te z nią są. Dla mnie broni się tylko "Marley i ja", ale i tak uważam, że byłoby lepiej, gdyby grała tam INNA aktorka. Ale może to wszystko dlatego, że mam golden retrivera.
Ostatnio sikałam na "Drużynie A", na którą wybrałam się z pewną panną tylko po to, żeby przez półtorej godziny wzdychać do klaty Bradleya Coopera. A film okazał się naprawdę śmieszny ;) Trochę w klimacie "Kac Vegas", i nie mam tu na myśli wyłącznie osoby B.C ^^. Serialu "The A-Team" nigdy nie oglądałam, więc nie mogę się odnosić do tego, jak film wypada na jego tle. Ale mnie rozśmieszył.
A ulubiony reżyser? Jako kobieta uważająca się za intelektualistkę, parszywego wykształciucha, chyba powinnam wielbić Allena. Albo Almodovara. Jakiegoś niedocenionego przez czarną masę narodu młodego idealistę, który swoim filmem chce zmienić świat.
No cóż.
Ja kocham Christophera Nolana.
I chociaż organicznie nie cierpię wszystkiego, co wiąże sie z Batmanem, to obejrzałam i "Batman: Początek" i "Mrocznego Rycerza". To są prawdopodbnie najgłośniejsze dzieła Nolana. Ja się zakochałam w jego twórczości, po obejrzeniu "Prestiżu". Pamiętam, że wypożyczyłam ten film, bo polecił mi go facet z wypożyczalni, ale nie czułam się specjalnie przekonana. Natomiast gdy tylko go obejrzałam, pobiegłam z powrotem do wypożyczalni i wzięłam wszystko, co Nolan nakręcił. Później całą noc oglądałam "Following", "Memento" i "Bezsenność".
A jak dowiedziałam się, że w 2010 roku do kin wchodzi "Incepcja", to zaczęłam odliczać dni do premiery. I mówię to totalnie serio.
Byłam już trzy razy i nie zawaham się pójść czwarty.
I nikt mi nie zapłacił, żebym robiła tu reklamę ;) Chociaż, w sumie, to chyba bym nie pogardziła jakąś skromną sumą ;) Nolan, mam nadzieję, że to czytasz!
No nie ma o czym, cholera, nie ma o czym.
W związku z tym, że doszłam do tego typu wniosków, postanowiłam, że aż do końca wakacji zamiast opisywać jak dobrze bawię się w Grotnikach albo somewhere else, będę dawać upust mojemu filozoficznemu obliczu, stosunkowo mało znanemu i w sumie nie często używanemu. Na pierwszy ogień miała iść moja skromna osoba, jako iż jako Królowa Wszechrzeczy charakteryzuję się nadmiernym egoizmem, egotyzmem i egocentryzmem. Ale po przemyśleniu, notabene wcale nie krótkim, doszłam do wniosku (wiem, wiem. nadużywam "doszłam do wniosku"), że mimo wszystko może lepiej nie zaczynać wszystkiego OD SIEBIE, bo sama sobie zrobię czarny PR, a tego byśmy NIE CHCIELI.
Tak więc, proszę państwa, porozmawiajmy o kinie.
Tutaj następuje ten moment, kiedy muszę w jakiś logiczny sposób rozpocząć przywołaną myśl. A więc w najbardziej oczywisty, intuicyjny sposób zacznę OD SIEBIE.
Kino jest moją pasją, ale, co być może warto zaakcentować, stosunkowo niedawno odkrytą. Jest jedną z pięciu Wielkich Pasji Królowej Wszechrzeczy.
I błagam, absolutnie mi nie wierzcie, jak kiedykolwiek powiem, że nie mam ochoty iść do kina. Jestem w stanie pójśc pięć razy na jeden film, jeśli uważam, że jest wart wydania 21 złotych polskich, czy ile tam kosztuje bilet i ten tekst, że "nie chcę mi się" stosuję tylko w wyjątkowych sytuacjach (i nie mówimy tu o braku gotówki, ustawicznym z resztą, ale o sytuacjach naprawdę KRYZYSOWYCH).
I faktem jest, że na komedie mogę chodzić tylko z prawdziwymi przyjaciółmi. Jakoś nie potrafię się śmiać przy kimś, kto mnie krępuje w jakikolwiek sposób.
A na pozostałe filmy preferuję chodzić sama. Więc randka w kinie to pomysł chyba średni. No chyba że horror. To jest wybitnie randkowy gatunek. O tak. Tak. TAK.
Nie pojmuję fascynacji ludzi amerykańskimi komediami z Jennifer Aniston. Naprawdę, nie ogarniam. Bo ja nie twierdzę, że wszystkie amerykańskie komedie są ZŁE. Ale te z nią są. Dla mnie broni się tylko "Marley i ja", ale i tak uważam, że byłoby lepiej, gdyby grała tam INNA aktorka. Ale może to wszystko dlatego, że mam golden retrivera.
Ostatnio sikałam na "Drużynie A", na którą wybrałam się z pewną panną tylko po to, żeby przez półtorej godziny wzdychać do klaty Bradleya Coopera. A film okazał się naprawdę śmieszny ;) Trochę w klimacie "Kac Vegas", i nie mam tu na myśli wyłącznie osoby B.C ^^. Serialu "The A-Team" nigdy nie oglądałam, więc nie mogę się odnosić do tego, jak film wypada na jego tle. Ale mnie rozśmieszył.
A ulubiony reżyser? Jako kobieta uważająca się za intelektualistkę, parszywego wykształciucha, chyba powinnam wielbić Allena. Albo Almodovara. Jakiegoś niedocenionego przez czarną masę narodu młodego idealistę, który swoim filmem chce zmienić świat.
No cóż.
Ja kocham Christophera Nolana.
I chociaż organicznie nie cierpię wszystkiego, co wiąże sie z Batmanem, to obejrzałam i "Batman: Początek" i "Mrocznego Rycerza". To są prawdopodbnie najgłośniejsze dzieła Nolana. Ja się zakochałam w jego twórczości, po obejrzeniu "Prestiżu". Pamiętam, że wypożyczyłam ten film, bo polecił mi go facet z wypożyczalni, ale nie czułam się specjalnie przekonana. Natomiast gdy tylko go obejrzałam, pobiegłam z powrotem do wypożyczalni i wzięłam wszystko, co Nolan nakręcił. Później całą noc oglądałam "Following", "Memento" i "Bezsenność".
A jak dowiedziałam się, że w 2010 roku do kin wchodzi "Incepcja", to zaczęłam odliczać dni do premiery. I mówię to totalnie serio.
Byłam już trzy razy i nie zawaham się pójść czwarty.
I nikt mi nie zapłacił, żebym robiła tu reklamę ;) Chociaż, w sumie, to chyba bym nie pogardziła jakąś skromną sumą ;) Nolan, mam nadzieję, że to czytasz!
Etykiety:
filmy&teatry&sztuki różne,
let me introduce myself
środa, 11 sierpnia 2010
bla...bla bla bla...blabla! bla?!...blablabla...!!!
Są wakacje i nie ma o czym pisać. Gdyby nie to, że wakacje = spanie do południa, to wniosłabym do Absoluta, ażeby lata w ogóle nie było, bo jak juz wspominałam, lata NIE LUBIĘ. No ale wakacje to jest jednak jakieś dobro, które spłynęło na ziemię i nie godzi się narzekać. Może inaczej bym na to patrzyła, gdyby nie perspektywa 35 stopni w cieniu i brak klimatyzacji w mojej Czerwonej Rakiecie.
Czerwona Rakieta ma już obecnie status legendy. Z pozoru - zwykły Fiat Punto, zero rewelacji, nie ma nawet wbudowanego radia. Przyspieszenie ma gorsze niż niejedno Cinqecento, nie posiada wspomagania ani wspomnianej wyżej AIR CONDITION. Bagażnik jest naprawdę mały, zwłaszcza, że cały czas zapominam wyciągnąć z niego szpetną półeczkę łazienkową z siermiężnego, pachnącego jeszcze socjalizem, plastiku, którą schowałam tam, gdy podejmowałam ludzi na działce i nie chciałam, by na nią patrzyli. Ale zaręczam wszystkich was, którzy teraz to czytają: nigdy nie przeżyliście ani nie przeżyjecie tylu patologicznych imprez co ten samochód. Daję słowo harcerza.
Ze względu na to, że ten blog nie jest zarejestrowany jako 18+ nie mogę opisać szczegółów.
Nie wiem co zrobię, kiedy będę zmuszona rozstać się z tym autem.
Ale właśnie. Auto. Żeby jeździć autem, trzeba mieć pewną plastikową karteczkę, którą cholernie trudno jest zdobyć. Ja zdałam za drugim razem i uważam, że to całkiem przyzwoity wynik. A radość taka, że klękajcie narody! Myślałam, że rzucę się na tego egzaminatora, kiedy zobaczyłam jak po kolei wpisuje P (pełna napięcia cisza w Yarisie) O(niedowierzanie) Z ("o boże, boże, to niemożliwe!") Y ("muszę się uszczypnąć!") YTYWNY (absolutny orgazm). Taaaak, to był piękny dzień. Piątek, 13. listopada A.D 2009. Na zawsze w mej pamięci.
Jest ta godzina, kiedy mój pies (znaczy się moja suka, ale to jakoś tak mi kiepsko brzmi ;) ) coraz gwałtowniej domaga się wyjścia na tzw. SZCZALNIK. To jeszcze nie jest ektstremum możliwości jej zwieraczy, ale to jest ostatni dzwonek, aby wyjść i zdążyć wrócić przed Housem do domu.
Tak po prawdzie, to ocipieli z tym Housem w te wakacje. W poniedziałek TVN (2 odcinki! jak miło powspominać pierwszy sezon!), we wtorek AXN (6 sezon...), w środę TVP2 (5.), w czwartek także państwowa telewizja, program drugi, sezon piąty. Ale i tak lepiej niżby mieli puszczać od początku "Klan" albo co gorsza sagę rodu Forresterów.
I rzeczywiście, to była próba subtelnego pożegnania.
Adieu
I naprawdę przepraszam, że te posty są ostatnio takie głupie. Muszę pisać o pierdołach, bo mnie to odstresowuje. Normalnie poszłabym na zakupy, ale z konta spogląda na mnie wielkie kosmate 0,00 (słownie: zero złotych, zero groszy), więc pozostają mi pseudoliteracko-pseudofilozoficzne-pseudofajne dywagacje. A w ogóle ten ostatni akapit co to ja tu piszę, to jest taki update więc spieszę donieść, że obejrzałam to co chciałam, a że w dzisiejszym odcinku było urządzenie o nazwie "interfejs mózg-komputer" czy jakoś tak, to ja chcę dostać coś takiego na Boże Narodzenie. Przyda mi się, zaręczam.
Mój mózg i tak ograniczył się do "tak" i "nie", więc w będzie w sam raz.
z Bogiem!
Czerwona Rakieta ma już obecnie status legendy. Z pozoru - zwykły Fiat Punto, zero rewelacji, nie ma nawet wbudowanego radia. Przyspieszenie ma gorsze niż niejedno Cinqecento, nie posiada wspomagania ani wspomnianej wyżej AIR CONDITION. Bagażnik jest naprawdę mały, zwłaszcza, że cały czas zapominam wyciągnąć z niego szpetną półeczkę łazienkową z siermiężnego, pachnącego jeszcze socjalizem, plastiku, którą schowałam tam, gdy podejmowałam ludzi na działce i nie chciałam, by na nią patrzyli. Ale zaręczam wszystkich was, którzy teraz to czytają: nigdy nie przeżyliście ani nie przeżyjecie tylu patologicznych imprez co ten samochód. Daję słowo harcerza.
Ze względu na to, że ten blog nie jest zarejestrowany jako 18+ nie mogę opisać szczegółów.
Nie wiem co zrobię, kiedy będę zmuszona rozstać się z tym autem.
Ale właśnie. Auto. Żeby jeździć autem, trzeba mieć pewną plastikową karteczkę, którą cholernie trudno jest zdobyć. Ja zdałam za drugim razem i uważam, że to całkiem przyzwoity wynik. A radość taka, że klękajcie narody! Myślałam, że rzucę się na tego egzaminatora, kiedy zobaczyłam jak po kolei wpisuje P (pełna napięcia cisza w Yarisie) O(niedowierzanie) Z ("o boże, boże, to niemożliwe!") Y ("muszę się uszczypnąć!") YTYWNY (absolutny orgazm). Taaaak, to był piękny dzień. Piątek, 13. listopada A.D 2009. Na zawsze w mej pamięci.
Jest ta godzina, kiedy mój pies (znaczy się moja suka, ale to jakoś tak mi kiepsko brzmi ;) ) coraz gwałtowniej domaga się wyjścia na tzw. SZCZALNIK. To jeszcze nie jest ektstremum możliwości jej zwieraczy, ale to jest ostatni dzwonek, aby wyjść i zdążyć wrócić przed Housem do domu.
Tak po prawdzie, to ocipieli z tym Housem w te wakacje. W poniedziałek TVN (2 odcinki! jak miło powspominać pierwszy sezon!), we wtorek AXN (6 sezon...), w środę TVP2 (5.), w czwartek także państwowa telewizja, program drugi, sezon piąty. Ale i tak lepiej niżby mieli puszczać od początku "Klan" albo co gorsza sagę rodu Forresterów.
I rzeczywiście, to była próba subtelnego pożegnania.
Adieu
I naprawdę przepraszam, że te posty są ostatnio takie głupie. Muszę pisać o pierdołach, bo mnie to odstresowuje. Normalnie poszłabym na zakupy, ale z konta spogląda na mnie wielkie kosmate 0,00 (słownie: zero złotych, zero groszy), więc pozostają mi pseudoliteracko-pseudofilozoficzne-pseudofajne dywagacje. A w ogóle ten ostatni akapit co to ja tu piszę, to jest taki update więc spieszę donieść, że obejrzałam to co chciałam, a że w dzisiejszym odcinku było urządzenie o nazwie "interfejs mózg-komputer" czy jakoś tak, to ja chcę dostać coś takiego na Boże Narodzenie. Przyda mi się, zaręczam.
Mój mózg i tak ograniczył się do "tak" i "nie", więc w będzie w sam raz.
z Bogiem!
wtorek, 3 sierpnia 2010
dog days are over
Czuję się jakaś taka... szczęśliwa. Nie wiem z czego to wynika, szczerze mówiąc. Może z tego, że zaczął się sierpień? Nie mam pojęcia DLACZEGO, ale wolę sierpień niż lipiec. W ogóle nie lubię lipca, bo generalnie zawsze świeci słońce, jest gorąco, wszyscy się pocą i muszę, z autentycznym bólem serca, zrezygnować z noszenia rajstop. Wiem, że to chore, bo kobiety zazwyczaj na rajstopy narzekają, ale ja je lubię. Pewnie wynika to z tego, że mam fobię gołych, bladych nóg. A takie zaiste posiadam.
No, więc na czym to stanęło?
Aaaa, lipiec. No generalnie właśnie tak. Nie lubię lipca, ale sierpień darzę olbrzymią sympatią, nie tylko ze względu na to, że moje urodziny wypadają WŁAŚNIE w sierpniu. Z resztą, został mi już tylko mniej niż miesiąc idyllicznej wizji JA+WŁÓKNA KOLAGENOWE, potem to już tylko płakać z każdym kolejnym rokiem, a nie się cieszyć.
W sierpniu zwykle upały nie doskwierają już za bardzo, dzień jest krótkszy, a więc wieczory są dłuższe i nawet nie śmierdzi tak bardzo w autobusach. Rewelacja.
A z ogłoszeń parafialnych, to dzisiaj udało mi się spalić sos do spaghetti. I powiem więcej! Mniemam, że był w tym ślad boskiej interwencji, albowiem sos wyszedł fantastyczny, dużo lepszy niż normalnie. Subtelna nutka spalenizny doskonale uzupełniła smak powszedniego sosu pomidorowego. Tak jest. To geniusz kulinarny przeze mnie przemówił.
Spróbujcie, zwęglone pomidory: delicje!
A ostatnio nie mogę oderwać się od Myśliwskiego. Wiesława, nie sosu ;) Nie wiem dlaczego ludzie tak nienawidzą czytać książek. Toż to choroba! Ostatnio gdzieś przeczytałam, że przeciętny Polak czyta pół książki rocznie. Bardzo mnie to zasmuciło. Bardzo. Książki kształtują wrażliwość, rozwijają wyobraźnię. Nie twierdzę, że to zawsze przynosi pozytywny skutek, bo po sobie wiem, że tak nie jest ;). Bycie idealistą zdecydowanie nie ułatwia życia. Ale wydaję mi się, że zawsze trzeba wierzyć w COŚ. W COŚ, nie wiem w co! Ale jak się nie wierzy w nic, to tak, jakby się nie żyło.
Prrrrr. Myśliwski. Zaczęłam od "Kamień na kamieniu". Czytałam wszędzie, w tramwaju, w autobusie, w kolejce do kasy w H&M (serio). Potem "Widnokrąg". Ale najbardziej zachwycił mnie "Traktat o łuskaniu fasoli". Myślę, że "zachwycił" doskonale oddaje to, co czułam, czytając tę powieść. Rzadko mam dreszcze czytając. A tu miałam. Od pierwszej do ostatniej strony.
Naprawdę.
I nie wiem skąd, nie wiem dlaczego, ale nagle świat wydał mi się lepszy. I po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna poczułam, że dobrze jest być idealistą, że to nie oznacza tylko i wyłącznie rozczarowania realnym życiem. Bo chyba nie ma nic lepszego niż na własnej skórze odczuć, że to, w co się wierzy, właśnie przed chwilą miało miejsce.
No, więc na czym to stanęło?
Aaaa, lipiec. No generalnie właśnie tak. Nie lubię lipca, ale sierpień darzę olbrzymią sympatią, nie tylko ze względu na to, że moje urodziny wypadają WŁAŚNIE w sierpniu. Z resztą, został mi już tylko mniej niż miesiąc idyllicznej wizji JA+WŁÓKNA KOLAGENOWE, potem to już tylko płakać z każdym kolejnym rokiem, a nie się cieszyć.
W sierpniu zwykle upały nie doskwierają już za bardzo, dzień jest krótkszy, a więc wieczory są dłuższe i nawet nie śmierdzi tak bardzo w autobusach. Rewelacja.
A z ogłoszeń parafialnych, to dzisiaj udało mi się spalić sos do spaghetti. I powiem więcej! Mniemam, że był w tym ślad boskiej interwencji, albowiem sos wyszedł fantastyczny, dużo lepszy niż normalnie. Subtelna nutka spalenizny doskonale uzupełniła smak powszedniego sosu pomidorowego. Tak jest. To geniusz kulinarny przeze mnie przemówił.
Spróbujcie, zwęglone pomidory: delicje!
A ostatnio nie mogę oderwać się od Myśliwskiego. Wiesława, nie sosu ;) Nie wiem dlaczego ludzie tak nienawidzą czytać książek. Toż to choroba! Ostatnio gdzieś przeczytałam, że przeciętny Polak czyta pół książki rocznie. Bardzo mnie to zasmuciło. Bardzo. Książki kształtują wrażliwość, rozwijają wyobraźnię. Nie twierdzę, że to zawsze przynosi pozytywny skutek, bo po sobie wiem, że tak nie jest ;). Bycie idealistą zdecydowanie nie ułatwia życia. Ale wydaję mi się, że zawsze trzeba wierzyć w COŚ. W COŚ, nie wiem w co! Ale jak się nie wierzy w nic, to tak, jakby się nie żyło.
Prrrrr. Myśliwski. Zaczęłam od "Kamień na kamieniu". Czytałam wszędzie, w tramwaju, w autobusie, w kolejce do kasy w H&M (serio). Potem "Widnokrąg". Ale najbardziej zachwycił mnie "Traktat o łuskaniu fasoli". Myślę, że "zachwycił" doskonale oddaje to, co czułam, czytając tę powieść. Rzadko mam dreszcze czytając. A tu miałam. Od pierwszej do ostatniej strony.
Naprawdę.
I nie wiem skąd, nie wiem dlaczego, ale nagle świat wydał mi się lepszy. I po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna poczułam, że dobrze jest być idealistą, że to nie oznacza tylko i wyłącznie rozczarowania realnym życiem. Bo chyba nie ma nic lepszego niż na własnej skórze odczuć, że to, w co się wierzy, właśnie przed chwilą miało miejsce.
sobota, 24 lipca 2010
Zniechęcenie Pierdyliard
No i nie ma chuja we wsi, chyba skończyłam z marzeniami o medycynie. Znaczy w sensie praktycznym, bo mentalnie studiowanie na kierunku lekarskim jest nadal moim największym pragnieniem, FANTAZJUJĘ O TYM leżąc w łóżku. Ale cóż poradzę, skoro NIE DA RADY?
W chwili obecnej byłabym w stanie zrobić prawie wszystko, żeby mieć świadomość, że 1 października będę pełnoprawną studentką medycyny. Oczywiście mój los, po raz nie wiem który w życiu, pokazał mi środkowy palec, ale widać tak juz mam.
Totalnie nie wiem, co robić.
Złożyłam papiery na UŁ, na biologię, aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że zrobię duży błąd, jeśli już tam się zjawię, bo znienawidzę biologię w mgnieniu oka i nic już naszej, obecnie poprawnej, relacji nie będzie w stanie naprawić.
Jezuuuuu, aż mi się płakać chciało, jak usłyszałam te babki z rekrutacji, które mi mówią, że przecież mam bardzo dużo punktów, bo na biologię wystarczyłaby mi 1/4 tychże. A co miałam im powiedzieć? "Wie pani co, tak się składa, że biologia to w moim wypadku akt skrajnej desperacji, bo mnie nie przyjęli na lekarski? Bo zabrakło mi jebanych paru punktów, żeby być najszczęśliwyszm człowiekiem świata?".
Podobno poprawa matury, podczas gdy normalnie się studiuje, jest bardzo ciężką sprawą. A ja wiem, że NIE CHCĘ STUDIOWAĆ BIOLOGII. Z drugiej strony nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że przez cały przyszły rok wegetuję w domu, a jedyną perspetywą każdego dnia jest podręcznik do chemii i biologii dla liceum.
Jestem w matnii.
Zrobię wszystko. Jeśli by mi kazali biegać nago po Pasażu Schillera, zrobię to. I pierolę rozstępy i cellulit. Naprawdę to zrobię.
Czuję się jak robal. Jak brudne dziecko sutereny. Jak jakaś pojebana łajza. Bo nic mi się w życiu nie udaje. Wiem, że w tym momencie każdy sobie może pomyśleć, że jaka to ze mnie suka, przecież ludzie nie mają rąk i nóg, są ślepi albo ciężko chorzy, a nie narzekają. Ale mnie naprawdę w życiu nie wychodzi. Niewiele w życiu chciałam tak mocno, jak tej medycyny. I doskonale wiedziałam, ze będzie ciężko i tyrałam jakbym miała motorek w tyłku przez cały rok. A znam całe mrowie ludzi, którzy zaczęli się uczyć w połowie kwietnia i wyszli na tym lepiej ode mnie.
Koniec. Do końca wakacji nie wspominam ani o studiach, ani o życiowym pechu, ani o tym, że wszystko się perdoli pierdyliard.
Ani słowa.
Będę pisać o czymś przyjemnym.
Na przykład o muzyce. Muzyka to jest jedna z najistotniejszych składowych mojej egzystencji na ziemskim padole. Naprawdę, mogę żyć bez wielu rzeczy, ale bez muzyki...? No way. Ponoć momentami jest to dosyc wkurwiające, bo pierwsze co robię rano, jeszcze zanim pójdę umyc zęby (a to jest dla mnie BARDZO istotny element dnia, myję zęby jakieś 10 razy dziennie), to włączam wieżę albo komputer i zapuszczam muzę, joł. Znaczy hip-hopu akurat nie słucham, ani żadnych mu pośrednich rapów, ale mjuzik musi być!
A jakiej muzyki słucham? Dużo indie (wiem, że mnóstwo osób reaguje rzyganiem na dźwięk słowa "indie", ale jak dla mnie to całkiem spoko brzmi ;)) i alternatywy, ostatnio (tj. tak z ostatnie pół roku ;)) przeżywam fascynację elektroniką, trip-hopem, progressivem i w ogóle całym syntezatorowym brzmieniem. Jestem absolutną psychofanką Chrisa Cornera i to w każdej postaci: solo, z IAMX, ze Sneaker Pimps. Kocham go czystą, nieskalaną miłością. Z resztą zdążyłam mu o tym powiedzieć, bo w tym roku grał w Łodzi, a szczęśliwie się stało, że udało mi się dotrzeć do jego garderoby ;>.
I w ogóle straszliwie mnie wkurwiają ludzie, co to są "indie-laskami" czy tam "indie-chłopaczkami" i gardzą hip-hopem, disco czy popem. I chociaż na moim iPodzie króluje alternatywa, to absolutnie nie wstydzę się tego, że zdarza mi się "grzeszyć" popem. Moją drugą miłością (ah, platoniczną!), zaraz po Krzysztofie jest Robbie Williams. Odpływam za każdym razem, gdy słyszę ten jego głęboki głos. Albo a-ha. Nooooo kurde, to są goście dopiero! "Take on me" buja kazdego, chociaż może się do tego nie przyznawać ;).
Dostałam słowotoku, jak zawsze gdy piszę (lub mówię) o muzyce. Temat rzeka.
Z resztą ja zawsze mam słowotok. Wszyscy mi to mówią ;)
W chwili obecnej byłabym w stanie zrobić prawie wszystko, żeby mieć świadomość, że 1 października będę pełnoprawną studentką medycyny. Oczywiście mój los, po raz nie wiem który w życiu, pokazał mi środkowy palec, ale widać tak juz mam.
Totalnie nie wiem, co robić.
Złożyłam papiery na UŁ, na biologię, aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że zrobię duży błąd, jeśli już tam się zjawię, bo znienawidzę biologię w mgnieniu oka i nic już naszej, obecnie poprawnej, relacji nie będzie w stanie naprawić.
Jezuuuuu, aż mi się płakać chciało, jak usłyszałam te babki z rekrutacji, które mi mówią, że przecież mam bardzo dużo punktów, bo na biologię wystarczyłaby mi 1/4 tychże. A co miałam im powiedzieć? "Wie pani co, tak się składa, że biologia to w moim wypadku akt skrajnej desperacji, bo mnie nie przyjęli na lekarski? Bo zabrakło mi jebanych paru punktów, żeby być najszczęśliwyszm człowiekiem świata?".
Podobno poprawa matury, podczas gdy normalnie się studiuje, jest bardzo ciężką sprawą. A ja wiem, że NIE CHCĘ STUDIOWAĆ BIOLOGII. Z drugiej strony nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że przez cały przyszły rok wegetuję w domu, a jedyną perspetywą każdego dnia jest podręcznik do chemii i biologii dla liceum.
Jestem w matnii.
Zrobię wszystko. Jeśli by mi kazali biegać nago po Pasażu Schillera, zrobię to. I pierolę rozstępy i cellulit. Naprawdę to zrobię.
Czuję się jak robal. Jak brudne dziecko sutereny. Jak jakaś pojebana łajza. Bo nic mi się w życiu nie udaje. Wiem, że w tym momencie każdy sobie może pomyśleć, że jaka to ze mnie suka, przecież ludzie nie mają rąk i nóg, są ślepi albo ciężko chorzy, a nie narzekają. Ale mnie naprawdę w życiu nie wychodzi. Niewiele w życiu chciałam tak mocno, jak tej medycyny. I doskonale wiedziałam, ze będzie ciężko i tyrałam jakbym miała motorek w tyłku przez cały rok. A znam całe mrowie ludzi, którzy zaczęli się uczyć w połowie kwietnia i wyszli na tym lepiej ode mnie.
Koniec. Do końca wakacji nie wspominam ani o studiach, ani o życiowym pechu, ani o tym, że wszystko się perdoli pierdyliard.
Ani słowa.
Będę pisać o czymś przyjemnym.
Na przykład o muzyce. Muzyka to jest jedna z najistotniejszych składowych mojej egzystencji na ziemskim padole. Naprawdę, mogę żyć bez wielu rzeczy, ale bez muzyki...? No way. Ponoć momentami jest to dosyc wkurwiające, bo pierwsze co robię rano, jeszcze zanim pójdę umyc zęby (a to jest dla mnie BARDZO istotny element dnia, myję zęby jakieś 10 razy dziennie), to włączam wieżę albo komputer i zapuszczam muzę, joł. Znaczy hip-hopu akurat nie słucham, ani żadnych mu pośrednich rapów, ale mjuzik musi być!
A jakiej muzyki słucham? Dużo indie (wiem, że mnóstwo osób reaguje rzyganiem na dźwięk słowa "indie", ale jak dla mnie to całkiem spoko brzmi ;)) i alternatywy, ostatnio (tj. tak z ostatnie pół roku ;)) przeżywam fascynację elektroniką, trip-hopem, progressivem i w ogóle całym syntezatorowym brzmieniem. Jestem absolutną psychofanką Chrisa Cornera i to w każdej postaci: solo, z IAMX, ze Sneaker Pimps. Kocham go czystą, nieskalaną miłością. Z resztą zdążyłam mu o tym powiedzieć, bo w tym roku grał w Łodzi, a szczęśliwie się stało, że udało mi się dotrzeć do jego garderoby ;>.
I w ogóle straszliwie mnie wkurwiają ludzie, co to są "indie-laskami" czy tam "indie-chłopaczkami" i gardzą hip-hopem, disco czy popem. I chociaż na moim iPodzie króluje alternatywa, to absolutnie nie wstydzę się tego, że zdarza mi się "grzeszyć" popem. Moją drugą miłością (ah, platoniczną!), zaraz po Krzysztofie jest Robbie Williams. Odpływam za każdym razem, gdy słyszę ten jego głęboki głos. Albo a-ha. Nooooo kurde, to są goście dopiero! "Take on me" buja kazdego, chociaż może się do tego nie przyznawać ;).
Dostałam słowotoku, jak zawsze gdy piszę (lub mówię) o muzyce. Temat rzeka.
Z resztą ja zawsze mam słowotok. Wszyscy mi to mówią ;)
sobota, 17 lipca 2010
burza, amigos!
W sumie to nie mam o czym pisać. Robię to głównie z tego względu, że przed chwilą zakończyłam cykliczne przeglądanie czytanych przeze mnie blogów i się potężnie wkur...wkurzyłam, bo ludzie od miesiąca nic nie publikują.
I ja rozumiem, że to dla nich nie jest żaden zasrany obowiązek, ażeby pisać notki co 2 dni, ale mnie to wkurwia, bo chcę sobie poczytać, a nie mogę.
Miałam ograniczyć przeklinanie. Staram się, ale będzie ciężko. Wszystko potrafię sobie ograniczyć, od fajek, po jedzenie, aż na internecie kończąc. A przeklinania nie mogę, chociaz co jakis czas przysięgam sobie, że OD DZISIAJ już nie bluźnię.
Myślę, że wpływ na to mają też moi rodzice, którzy nigdy nie zabraniali mi używać TYCH HANIEBNYCH SŁÓW. Chyba generalnie uważali (i uważają), że lepsze to niż jakbym miała rozbijać talerze albo ciąć się starą żyletką, aby dać upust NEGATYWNYM EMOCJOM.
Więc sobie przeklinam.
Właśnie w ukochanym mieście Łodzi mamy burzę. Pierwszą od nie wiem kiedy. Całe szczęście, bo myślałam, że odwalę kitę jak spojrzałam na termometr, a tam 35 stopni ;/ To nie są temperatury dla normalnych ludzi ;/
Dlatego chciałabym wyjechać do Szwecji. Ile razy z kimś poruszę ten temat to zawsze: "Pojebało?" albo wzrok z gatunku "Zapomniałaś wziąć porannej dawki leków?".
A ja dużo bardziej wolę Szwecję niż te wszystkie Włochy, Hiszpanie i inne tam takie.
W Szewcji jest zajebiście.
I nieważne, że nigdy tam nie byłam, ja to WIEM. W sierpniu jadę do Berlina na tygodniowy melanż powiązany z rozwojem psycho-kulturowym i w sumie to powaznie rozważam opcję wyskoku do Sztokholmu. Zobaczymy.
I tak w sumie i po prawdzie to uwielbiam burzę. Znaczy jak siedzę sobie bezpiecznie w domu, a burza jest za oknem. Bo za cholerę nie da się mnie z domu wyciągnąć podczas burzy. Zaiste, boję się i wiem, że to głupie, ale się boję. Ciemności też się boję, może nie jakoś fanatycznie, ale odczuwam dyskomfort na myśl, że mogę być sama w ciemnym pomieszczeniu.
A jak taka burza sobie jest za oknem, to nic tylko puścić Mobiego i gdybać o pięknych czasach, które mogłby nastać, gdybym byla mądrzejsza w paru dziedzinach życia.
Wiem, że ta dzisiejsza notka jest taka o kant dupy. Sraty-taty-gówno-w-kraty. Myślę, że tak zdefiniowałaby to moja siostra.
No i fajnie, lubię ten klimat ;)
Lecę do Mobiego. Chyba będę musiała mu poświęcić jakąś osobną notkę, bo muszę dokonac auto-psychoanalizy.
I ja rozumiem, że to dla nich nie jest żaden zasrany obowiązek, ażeby pisać notki co 2 dni, ale mnie to wkurwia, bo chcę sobie poczytać, a nie mogę.
Miałam ograniczyć przeklinanie. Staram się, ale będzie ciężko. Wszystko potrafię sobie ograniczyć, od fajek, po jedzenie, aż na internecie kończąc. A przeklinania nie mogę, chociaz co jakis czas przysięgam sobie, że OD DZISIAJ już nie bluźnię.
Myślę, że wpływ na to mają też moi rodzice, którzy nigdy nie zabraniali mi używać TYCH HANIEBNYCH SŁÓW. Chyba generalnie uważali (i uważają), że lepsze to niż jakbym miała rozbijać talerze albo ciąć się starą żyletką, aby dać upust NEGATYWNYM EMOCJOM.
Więc sobie przeklinam.
Właśnie w ukochanym mieście Łodzi mamy burzę. Pierwszą od nie wiem kiedy. Całe szczęście, bo myślałam, że odwalę kitę jak spojrzałam na termometr, a tam 35 stopni ;/ To nie są temperatury dla normalnych ludzi ;/
Dlatego chciałabym wyjechać do Szwecji. Ile razy z kimś poruszę ten temat to zawsze: "Pojebało?" albo wzrok z gatunku "Zapomniałaś wziąć porannej dawki leków?".
A ja dużo bardziej wolę Szwecję niż te wszystkie Włochy, Hiszpanie i inne tam takie.
W Szewcji jest zajebiście.
I nieważne, że nigdy tam nie byłam, ja to WIEM. W sierpniu jadę do Berlina na tygodniowy melanż powiązany z rozwojem psycho-kulturowym i w sumie to powaznie rozważam opcję wyskoku do Sztokholmu. Zobaczymy.
I tak w sumie i po prawdzie to uwielbiam burzę. Znaczy jak siedzę sobie bezpiecznie w domu, a burza jest za oknem. Bo za cholerę nie da się mnie z domu wyciągnąć podczas burzy. Zaiste, boję się i wiem, że to głupie, ale się boję. Ciemności też się boję, może nie jakoś fanatycznie, ale odczuwam dyskomfort na myśl, że mogę być sama w ciemnym pomieszczeniu.
A jak taka burza sobie jest za oknem, to nic tylko puścić Mobiego i gdybać o pięknych czasach, które mogłby nastać, gdybym byla mądrzejsza w paru dziedzinach życia.
Wiem, że ta dzisiejsza notka jest taka o kant dupy. Sraty-taty-gówno-w-kraty. Myślę, że tak zdefiniowałaby to moja siostra.
No i fajnie, lubię ten klimat ;)
Lecę do Mobiego. Chyba będę musiała mu poświęcić jakąś osobną notkę, bo muszę dokonac auto-psychoanalizy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)