Tyle dzieje się wokół, że prawie zapomniałam, do czego służy komputer, a tym bardziej o tym, że ongiś zdecydowałam się prowadzić bloga. Stąd obserwowane od dłuższego czasu ZAPUSZCZENIE wyżej wspomnianego.
Jako rzekłam. Olbrzymia ilość mniej lub bardziej szczęśliwych wydarzeń spadła na moją skromną osobę, i trzeba sobie z nimi, z większym lub mniejszym entuzjazmem, radzić. Zważywszy na to, że większość z nich to skrajnie niemedialne wydarzenia, pozwólcie, że nie będę się z wami nimi dzielić ;) Nic ciekawego.
Z nieco bardziej emocjonujących warto wspomnieć o tym, że na dzień dzisiejszy przewidziałam powtórkę z tkanek zwierzęcych i bezkręgowców, ze szczególnym naciskiem na pasożyty (my love). Dobra, żartowałam. Nie wiem, jak bardzo trzeba być spaczonym, żeby to zdanie wzbudziło choć iskrę zainteresowania ;D
A tak poważnie, to cały weekend cudownie zmarnowałam, ale zdecydowanie NIE ŻAŁUJĘ. Po raz kolejny udało mi się nawiedzić STOLYCĘ, tym razem w celu nieco bardziej kulturalnym, niż zwykle. Bo generalnie zwykle chodziło o dobrą imprezę, kiedy MIMO SZCZERYCH CHĘCI nie mogę wrócić do domu ;) Oczywiście wyłącznie z tego względu, że ostatni pociąg do Łodzi odjeżdza o 23.
Ten weekend upłynął pod znakiem IAMX, pod znakiem koncertu na który czekałam, odkąd tylko udało mi się zdobyć nań bilet, tj. circa pół roku. I absolutnie się nie zawiodłam. Mało tego, chyba otrzymałam znacznie więcej niż mogłabym oczekiwać. Na tak genialnym koncercie nie byłam jeszcze nigdy i prawdopodbnie długo przyjdzie mi czekać na kolejny równie mistrzowski. I Chris Corner, któremu udzieliła się energia bijąca od publiczności, który zakończył występ naprawdę szczerym "Love you, fuckers. You're the craziest people in the world, believe". Zdecydowanie he made my day.
Ale już koniec, basta. Nakręciłam się.
W każdym razie matura już zatrważająco niedługo, a ja z każdym dniem mam poczucie, że umiem coraz mniej. Ponoć do normalny (i dobry) objaw, ale zdecydowanie mało komfortowy. Jedyne czego teraz pragnę, to pożądne wakacje, z dala od Operonu, Omegi, WSiPu, Medyka i czego tam jeszcze chcecie.
A już tak w ogóle najchętniej to wyjechałabym na Bora-Bora, wystawiła tyłek do słońca, otoczyła się wianuszkiem przystojnych tubylców i przenośną destylarnią rumu, włożyłabym słuchawki w uszy i myślała tylko o tym, jak to zajebiście jest leżeć na plaży na Bora-Bora dupą do góry.
A w sumie kto wie? Po maturze sprawdzę last minute.
;)
wtorek, 19 kwietnia 2011
niedziela, 3 kwietnia 2011
yes, indeed!
Nadmierny optymizm przeze mnie przemawia ostatnimi czasy, i sama nie wiem, czy to dobrze, czy wręcz przeciwnie.
Ale tak w sumie to się cieszę. Wolę nastrój wiosennego ogłuszenia, niż styczniowo-lutowe dni typu kutas. W ogóle, cholera, jakoś tak mi lżej na sercu. Wystarczyło parę dni słońca i kilka świeżych zielonych liści (liści NA DRZEWACH mam na myśli), a nagle tyle spraw się wyklarowało, uporządkowało. Widać nastrój udziela się nie tylko mnie.
W piątek jeden uczeń podstawówki, na oko 3-4 klasa, made my day . Z racji tego, że w mojej rodzinie jestem prawdopodbnie najstarszym przedstawicielem, co by nie było w dalszym ciągu MŁODEGO POKOLENIA (ale chyba już i tak bliżej niż dalej mi do seniorów), czasem muszę pokazać, jaka jestem dobra ciocia i wybrać się po któreś z dzieci do szkoły vel przedszkola. To było tytułem wstępu, co by nie było nieporozumień ;) Nie chodzę pod szkoły, dlatego że jestem Pedobearem w sukience ;)
W każdym razie, taka sytuacja miała miejsce w piątek, który, co warto dodać, był dniem wyjątkowo urodziwym.
Zaraz po dzwonku, kiedy cała ta czerada dzieci wylała się ze szkoły (ja nie wiem, gdzie tu niby jest ten niż demograficzny, MILIARDY są tych dzieci), obok mnie stanęło ww. młody człowiek, spojrzał w niebo i takoż rzekł: "STARA, ALE RZEŹNIA".
Dojście do siebie zajęło mi potem zadziwiająco dużo czasu. To był najintensywniejszy atak śmiechu od czasów, gdy mój profesor od matematyki przebrał się w maskę na Halloween, gdzie nie było otworów na oczy i rąbnął w drzwi sali od biologii. Odbił się i poszedł dalej.
A tak notabene, to chyba mam zdolność przyciągania facetów.
Kategoria <10, ale jak się nie ma, co się lubi... ;)
Za miesiąc+ jest MATURA. Dociera to do mnie coraz wyraźniej i chyba dużo bardziej mnie to stresuje, aniżeli w zeszłym roku.
A w sumie w dupie to mam. Muszę skończyć się tak tym przejmować, bo na moje zdrowie psychiczne (a raczej to, co z niego pozostało) nie działa to najlepiej.
W końcu to tylko mały, głupi, pojebany egzamin.
Rozkurwię ;)
p.s: "...najlepsze miesiące to kwiecień, czerwiec, maj!" ;)))
Ale tak w sumie to się cieszę. Wolę nastrój wiosennego ogłuszenia, niż styczniowo-lutowe dni typu kutas. W ogóle, cholera, jakoś tak mi lżej na sercu. Wystarczyło parę dni słońca i kilka świeżych zielonych liści (liści NA DRZEWACH mam na myśli), a nagle tyle spraw się wyklarowało, uporządkowało. Widać nastrój udziela się nie tylko mnie.
W piątek jeden uczeń podstawówki, na oko 3-4 klasa, made my day . Z racji tego, że w mojej rodzinie jestem prawdopodbnie najstarszym przedstawicielem, co by nie było w dalszym ciągu MŁODEGO POKOLENIA (ale chyba już i tak bliżej niż dalej mi do seniorów), czasem muszę pokazać, jaka jestem dobra ciocia i wybrać się po któreś z dzieci do szkoły vel przedszkola. To było tytułem wstępu, co by nie było nieporozumień ;) Nie chodzę pod szkoły, dlatego że jestem Pedobearem w sukience ;)
W każdym razie, taka sytuacja miała miejsce w piątek, który, co warto dodać, był dniem wyjątkowo urodziwym.
Zaraz po dzwonku, kiedy cała ta czerada dzieci wylała się ze szkoły (ja nie wiem, gdzie tu niby jest ten niż demograficzny, MILIARDY są tych dzieci), obok mnie stanęło ww. młody człowiek, spojrzał w niebo i takoż rzekł: "STARA, ALE RZEŹNIA".
Dojście do siebie zajęło mi potem zadziwiająco dużo czasu. To był najintensywniejszy atak śmiechu od czasów, gdy mój profesor od matematyki przebrał się w maskę na Halloween, gdzie nie było otworów na oczy i rąbnął w drzwi sali od biologii. Odbił się i poszedł dalej.
A tak notabene, to chyba mam zdolność przyciągania facetów.
Kategoria <10, ale jak się nie ma, co się lubi... ;)
Za miesiąc+ jest MATURA. Dociera to do mnie coraz wyraźniej i chyba dużo bardziej mnie to stresuje, aniżeli w zeszłym roku.
A w sumie w dupie to mam. Muszę skończyć się tak tym przejmować, bo na moje zdrowie psychiczne (a raczej to, co z niego pozostało) nie działa to najlepiej.
W końcu to tylko mały, głupi, pojebany egzamin.
Rozkurwię ;)
p.s: "...najlepsze miesiące to kwiecień, czerwiec, maj!" ;)))
Etykiety:
autobiografia,
lista przebojów,
lucky man,
matura to bzdura
sobota, 26 marca 2011
z dupy
zostałam de facto zmuszona (przez sprzymierzone siły internetu i mojej wybitnej skłonności do wpadania w furię, w sytuacji gdy coś robię i nagle zostaje to w bestialski sposób przerwane), więc dzisiejsza notka nie bez powodu nosi tytuł właśnie taki a nie inny.
Zmuszona zostałam z tego powodu, że spokojnie oglądałam sobie "true blood", kiedy oczywiście w najlepszym momencie pokazało mi się rozkoszne okienko oznajmiające, że przekroczyłam dzienny limit minut. Niniejszym postanowiłam jakoś twórczo spożytkować gotującą się we mnie złość i przelać co nieco na klawiaturę.
Jestem rozgoryczona, bo dzisiaj jest pierwsza od bardzo dawna sobota, którą spędzam w domu i chciałam ją spędzić oglądając mój ulubiony ostatnimi czasy serial. A tu generalnie dupsko.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że większość wykształconych ludzi, ludzi inteligentych i światłych, uważa oglądanie tasiemców za rozrywkę plebsu, aczkolwiek, przyznaję szczerze, średnio mnie to obchodzi. Uwielbiam oglądać DOBRE seriale, nawet jeśli powoduje to moją intelektualną degradację. Chociaż osobiście uważam, że ludzie, którzy tak twierdzą, mają po prostu zamknięty umysł. I już. Chciałam dodać jeszcze jakieś mądre zdanie, co by stworzyć wybitnie długie zdanie podrzędnie złożone, ale zgubiłam wątek. Trudno. W każdym razie, w opini mojej skromnej osoby, takie seriale jak "6 stóp pod ziemią" albo "Rodzina Soprano", to prawdziwe kamienie milowe w popkulturze. O!
Mój ustawiczny brak motywacji całe szczęście postanowił na trochę odpuścić, i chwała mu za to. Udało mi się ogarnąć botanikę, a to jest wydarzenie godne szampana. Muszę się w sobie trochę spiąć do nauki, bo dokładnie za 3 tygodnie jest koncert, którym jaram się tak z grubsza już pół roku i zdaję sobie sprawę, że 2 dni przed i 2 dni po tym DNIU, nie znajdę w sobie ani odrobiny chęci, aby siedzieć nad czymkolwiek, co ma w nazwie przedrostek "bio". Obawiam się, że szykuje się epicki melanż. I tym bardziej nie mogę się doczekać. 21 dni. Tak mało, a tak strasznie się dłuży!
Ostatnio także zdałam sobie sprawę, jak wielką rolę w moim życiu odgrywa przypadek. Jak wiele niezapomnianych wrażeń, wspaniałych ludzi, genialnych piosenek poznałam przez jakiś niezwykły zbieg okoliczności. Z jednej strony się zachwyciłam. Z drugiej przeraziłam, jak wiele cudownych momentów mogło mnie ominąć. Przez przypadek. Ale tak czy inaczej, cały czas jestem pod wrażeniem, że sekundy decydują o tym, czy kogoś spotkam, czy nie. Jedna chwila, o tym, czy w danym momencie włączę radio i usłyszę piosenkę, od której nie uwolnię się potem przez długie tygodnie. Jedna decyzja zaważy o tym, czy spotkam na swojej drodze przyszłego najlepszego przyjaciela.
To jest naprawdę... zachwycające.
To było wtrącenie z cyklu "Spontaniczna dygresja".
Dziękuję, dobranoc.
21 dni!!!
Zmuszona zostałam z tego powodu, że spokojnie oglądałam sobie "true blood", kiedy oczywiście w najlepszym momencie pokazało mi się rozkoszne okienko oznajmiające, że przekroczyłam dzienny limit minut. Niniejszym postanowiłam jakoś twórczo spożytkować gotującą się we mnie złość i przelać co nieco na klawiaturę.
Jestem rozgoryczona, bo dzisiaj jest pierwsza od bardzo dawna sobota, którą spędzam w domu i chciałam ją spędzić oglądając mój ulubiony ostatnimi czasy serial. A tu generalnie dupsko.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że większość wykształconych ludzi, ludzi inteligentych i światłych, uważa oglądanie tasiemców za rozrywkę plebsu, aczkolwiek, przyznaję szczerze, średnio mnie to obchodzi. Uwielbiam oglądać DOBRE seriale, nawet jeśli powoduje to moją intelektualną degradację. Chociaż osobiście uważam, że ludzie, którzy tak twierdzą, mają po prostu zamknięty umysł. I już. Chciałam dodać jeszcze jakieś mądre zdanie, co by stworzyć wybitnie długie zdanie podrzędnie złożone, ale zgubiłam wątek. Trudno. W każdym razie, w opini mojej skromnej osoby, takie seriale jak "6 stóp pod ziemią" albo "Rodzina Soprano", to prawdziwe kamienie milowe w popkulturze. O!
Mój ustawiczny brak motywacji całe szczęście postanowił na trochę odpuścić, i chwała mu za to. Udało mi się ogarnąć botanikę, a to jest wydarzenie godne szampana. Muszę się w sobie trochę spiąć do nauki, bo dokładnie za 3 tygodnie jest koncert, którym jaram się tak z grubsza już pół roku i zdaję sobie sprawę, że 2 dni przed i 2 dni po tym DNIU, nie znajdę w sobie ani odrobiny chęci, aby siedzieć nad czymkolwiek, co ma w nazwie przedrostek "bio". Obawiam się, że szykuje się epicki melanż. I tym bardziej nie mogę się doczekać. 21 dni. Tak mało, a tak strasznie się dłuży!
Ostatnio także zdałam sobie sprawę, jak wielką rolę w moim życiu odgrywa przypadek. Jak wiele niezapomnianych wrażeń, wspaniałych ludzi, genialnych piosenek poznałam przez jakiś niezwykły zbieg okoliczności. Z jednej strony się zachwyciłam. Z drugiej przeraziłam, jak wiele cudownych momentów mogło mnie ominąć. Przez przypadek. Ale tak czy inaczej, cały czas jestem pod wrażeniem, że sekundy decydują o tym, czy kogoś spotkam, czy nie. Jedna chwila, o tym, czy w danym momencie włączę radio i usłyszę piosenkę, od której nie uwolnię się potem przez długie tygodnie. Jedna decyzja zaważy o tym, czy spotkam na swojej drodze przyszłego najlepszego przyjaciela.
To jest naprawdę... zachwycające.
To było wtrącenie z cyklu "Spontaniczna dygresja".
Dziękuję, dobranoc.
21 dni!!!
Etykiety:
gorzkie żale,
koncerciki,
let me introduce myself,
matura to bzdura,
PRZYPADKI
poniedziałek, 21 marca 2011
now no fear
Dzisiaj jest mój ukochany dzień w roku. Prawdopodbnie lubiany dużo bardziej niż urodziny, niż sylwester, niż coroczna impreza inaugurująca sezon picia w plenerze, jestem skłonna stwierdzić, że wręcz rywalizuje o pierwsze miejsce z wigilią.
PIERWSZY DZIEŃ WIOSNY!
Koniec brudnej, szarej, zimnej, a przede wszystkim za długiej o jakieś trzy miesiące ZIMY.
Czuję, że teraz będzie już tylko lepiej. Powoli wracają mi wszystkie siły witalne, nadwątlone, i to w niemałym stopniu, przez złą Królową Śniegu.
Gdyby nie to, że w chwili obecnej nie jestem studentką żadnej polskiej ani zagranicznej uczelni, zrobiłabym sobie pełnoprawny dzień wagarowicza.
Nawet zmieniłam repertuar w iPodzie. Koniec depresyjnych ballad, koniec dekadenckich bitów. Teraz potrzebuję zastrzyku optymizmu, żeby móc chłonąć aurę i oczami, i słuchem. Ale wiosna ma to do siebie, że czuć ją też nosem, nawet smakiem i dotykiem. Mam takie małe zboczenie (tłumaczę sobie, że biologiczne), i zawsze muszę obmacywać drzewa. To zakrawa na jakąś niezdrową perwersję vel fetysz, zdaję sobie z tego sprawę, ale tak już w istocie mam. I ostatnio podczas takiego macania (fuck, to z każdym zdaniem brzmi coraz gorzej ;o) rzuciły mi się w oczy pączki na forsycjach.
A to niezawodny znak, że "dog days are over". I już.
A tymczasem każdy dzień niebezpiecznie zbliża mnie do matury. Już mniej niż 2 miesiące. W sumie to szybko zleciało, aż nadspodziewanie szybko. Ale chcę już mieć to za sobą, więc nie ma spiny. Jeszcze tylko trochę chemii do ogarnięcia, niewiele biologii i będzie finito .
Nie nooo, nie mogę pisać o maturze, kiedy jest taka ładna pogoda! Zaraz dopadną mnie przez to wyrzuty sumienia wielkie jak Himalaje, bo nie mam najmniejszego zamiaru się dzisiaj uczyć. Ani odrobiny. Przez żadną nanosekundę dnia. W ruch idzie rower, słuchawki w uszy i lecimy zwiedzać miasto z perspektywy siodełka.
Jestem powtornie monotematyczna. Ale w sumie trudno. Działam na baterie słoneczne i po prostu bardzo się cieszę, że z dniem dzisiejszym wracam do życia, będąc przez ostatnie 3 miesiące w stanie permanentnej anabiozy.
Enjoy!
PIERWSZY DZIEŃ WIOSNY!
Koniec brudnej, szarej, zimnej, a przede wszystkim za długiej o jakieś trzy miesiące ZIMY.
Czuję, że teraz będzie już tylko lepiej. Powoli wracają mi wszystkie siły witalne, nadwątlone, i to w niemałym stopniu, przez złą Królową Śniegu.
Gdyby nie to, że w chwili obecnej nie jestem studentką żadnej polskiej ani zagranicznej uczelni, zrobiłabym sobie pełnoprawny dzień wagarowicza.
Nawet zmieniłam repertuar w iPodzie. Koniec depresyjnych ballad, koniec dekadenckich bitów. Teraz potrzebuję zastrzyku optymizmu, żeby móc chłonąć aurę i oczami, i słuchem. Ale wiosna ma to do siebie, że czuć ją też nosem, nawet smakiem i dotykiem. Mam takie małe zboczenie (tłumaczę sobie, że biologiczne), i zawsze muszę obmacywać drzewa. To zakrawa na jakąś niezdrową perwersję vel fetysz, zdaję sobie z tego sprawę, ale tak już w istocie mam. I ostatnio podczas takiego macania (fuck, to z każdym zdaniem brzmi coraz gorzej ;o) rzuciły mi się w oczy pączki na forsycjach.
A to niezawodny znak, że "dog days are over". I już.
A tymczasem każdy dzień niebezpiecznie zbliża mnie do matury. Już mniej niż 2 miesiące. W sumie to szybko zleciało, aż nadspodziewanie szybko. Ale chcę już mieć to za sobą, więc nie ma spiny. Jeszcze tylko trochę chemii do ogarnięcia, niewiele biologii i będzie finito .
Nie nooo, nie mogę pisać o maturze, kiedy jest taka ładna pogoda! Zaraz dopadną mnie przez to wyrzuty sumienia wielkie jak Himalaje, bo nie mam najmniejszego zamiaru się dzisiaj uczyć. Ani odrobiny. Przez żadną nanosekundę dnia. W ruch idzie rower, słuchawki w uszy i lecimy zwiedzać miasto z perspektywy siodełka.
Jestem powtornie monotematyczna. Ale w sumie trudno. Działam na baterie słoneczne i po prostu bardzo się cieszę, że z dniem dzisiejszym wracam do życia, będąc przez ostatnie 3 miesiące w stanie permanentnej anabiozy.
Enjoy!
wtorek, 8 marca 2011
"muszę zwariować, by móc normalnie żyć"
Jest 11:37, od prawie 40 minut powinnam, wedle swoich własnych założeń, siedzieć i uczyć się ewolucjonizmu. Kolejny dowód na to, że wszystko, co centralnie planowane nie ma racji bytu.
Ale jest tyle rzeczy o niebo ciekawszych niż lamarkinizm. Specjacja. Równowaga Hardy'ego-Weinberga.
Jest słońce za oknem. Rozmyślanie o genialnym wypadzie do STOLYCY w zeszły weekend. Retrospekcje wczorajszego koncertu. Chris Corner w głośnikach.
I JAK TU SIĘ DO CHOLERY SKUPIĆ NA NAUCE??!!
Muszę się ogarnąć. Do powtórki przedmaturalnej zostały mi już tylko ten cały ewolucjonizm, botanika, wirysy+bakterie+grzyby+protista i ekologia. W sumie najprostsze rzeczy, a ja wymiękam.
Chociaż w sumie, obiektywnie patrząc, wiedza z ekologii na maturę, to jest wszystko to, co jest zawarte w PRZEDMOWIE w "Ekologii Krebsa". Więc chyba nie będzie tragedii.
Jest jeden plus z tego, że przez cały semestr udało mi się chodzić na zajęcia z bezkręgów. Teraz mogą mi ci jajogłowi z CKE jebnąć 100 pytań na ten temat, nie ma spiny. Dam radę.
Cykl rozwojowy Fasciola hepatica pozostawił wiekuistą szramę na mojej psychice. Tego nie da się zapomnieć.
Inaczej ma się sprawa z botaniką. Niestety. Jakoś bardziej niż na tych @#$%^&* przekrojach, byłam skupiona na bezbłędnej stylówce obu bogiń haute couture. Zwłaszcza na tych spodniach z brylancikami na zajęciach ze zróżnicowania komórek roślinnych. Jezu.
Jeszcze muszę nadgonić trochę chemii. Przede mną jeszcze cała kinetyka i termochemia. Całe szczęście, ogarnęłam elektrochemię, co mnie niezmiernie cieszy.
Chcę już wakacji. Chcę, żeby było ciepło, żeby słońce zachodziło późno i wschodziło wcześnie. Chcę już jechać na Open'era, potem do Berlina - miasta, które autentycznie kocham. I chyba po prostu chcę, żeby już było "PO MATURZE".
A jeśli się dostanę na lekarski, to chyba rytualnie spalę wszystkie podręczniki do biologii.
Z chęcią spopieliłabym też "Zoologię bezkręgowców", albo tę Biblię Szatana spisaną przez Szweykowskich. Ale w sumie, to lepiej będzie je sprzedać, jakieś biednej duszyczce, która planuje karierę naukową na kierunku biologicznym na UŁ. Niech nadal żyje marzeniami. Amen.
Chociaż w sumie nigdzie nie są lepiej wytłumaczone tkanki i struktury komórkowe niż właśnie u małżeństwa Sz. Chyba jednak włączę podręcznik "Botanika. Morfologia. Tom 1. Alicja & Jerzy Szweykowscy" do pozycji maturalnych. A co.
Ale mogli zatrudnić lepszego grafika.
Lubię ładne rysunki.
A rysunek ryzodermy jest co najmniej dwuznaczny. Chyba ktoś sobie zdawał sprawę, o czym najczęściej myślą studenci, kiedy toeretycznie powinni zajmować się nauką ;)
Jest już 12:00, a to oznacza, ni mniej-ni więcej, że kolejną godzinę mojej egzystencji, którą miałam spędzić, powiększając zasób wiedzy z biologii, zmarnowałam.
Wprost cudownie.
Ale w sumie who cares ;)
Ale jest tyle rzeczy o niebo ciekawszych niż lamarkinizm. Specjacja. Równowaga Hardy'ego-Weinberga.
Jest słońce za oknem. Rozmyślanie o genialnym wypadzie do STOLYCY w zeszły weekend. Retrospekcje wczorajszego koncertu. Chris Corner w głośnikach.
I JAK TU SIĘ DO CHOLERY SKUPIĆ NA NAUCE??!!
Muszę się ogarnąć. Do powtórki przedmaturalnej zostały mi już tylko ten cały ewolucjonizm, botanika, wirysy+bakterie+grzyby+protista i ekologia. W sumie najprostsze rzeczy, a ja wymiękam.
Chociaż w sumie, obiektywnie patrząc, wiedza z ekologii na maturę, to jest wszystko to, co jest zawarte w PRZEDMOWIE w "Ekologii Krebsa". Więc chyba nie będzie tragedii.
Jest jeden plus z tego, że przez cały semestr udało mi się chodzić na zajęcia z bezkręgów. Teraz mogą mi ci jajogłowi z CKE jebnąć 100 pytań na ten temat, nie ma spiny. Dam radę.
Cykl rozwojowy Fasciola hepatica pozostawił wiekuistą szramę na mojej psychice. Tego nie da się zapomnieć.
Inaczej ma się sprawa z botaniką. Niestety. Jakoś bardziej niż na tych @#$%^&* przekrojach, byłam skupiona na bezbłędnej stylówce obu bogiń haute couture. Zwłaszcza na tych spodniach z brylancikami na zajęciach ze zróżnicowania komórek roślinnych. Jezu.
Jeszcze muszę nadgonić trochę chemii. Przede mną jeszcze cała kinetyka i termochemia. Całe szczęście, ogarnęłam elektrochemię, co mnie niezmiernie cieszy.
Chcę już wakacji. Chcę, żeby było ciepło, żeby słońce zachodziło późno i wschodziło wcześnie. Chcę już jechać na Open'era, potem do Berlina - miasta, które autentycznie kocham. I chyba po prostu chcę, żeby już było "PO MATURZE".
A jeśli się dostanę na lekarski, to chyba rytualnie spalę wszystkie podręczniki do biologii.
Z chęcią spopieliłabym też "Zoologię bezkręgowców", albo tę Biblię Szatana spisaną przez Szweykowskich. Ale w sumie, to lepiej będzie je sprzedać, jakieś biednej duszyczce, która planuje karierę naukową na kierunku biologicznym na UŁ. Niech nadal żyje marzeniami. Amen.
Chociaż w sumie nigdzie nie są lepiej wytłumaczone tkanki i struktury komórkowe niż właśnie u małżeństwa Sz. Chyba jednak włączę podręcznik "Botanika. Morfologia. Tom 1. Alicja & Jerzy Szweykowscy" do pozycji maturalnych. A co.
Ale mogli zatrudnić lepszego grafika.
Lubię ładne rysunki.
A rysunek ryzodermy jest co najmniej dwuznaczny. Chyba ktoś sobie zdawał sprawę, o czym najczęściej myślą studenci, kiedy toeretycznie powinni zajmować się nauką ;)
Jest już 12:00, a to oznacza, ni mniej-ni więcej, że kolejną godzinę mojej egzystencji, którą miałam spędzić, powiększając zasób wiedzy z biologii, zmarnowałam.
Wprost cudownie.
Ale w sumie who cares ;)
piątek, 25 lutego 2011
My heart in the speakers is loving the volume
dziwnie się poczułam, kiedy na liście studentów w drugim semestrze nie zobaczyłam swojego nazwiska. Jednocześnie jednosekundowe przygnębienie i obezwładniają euforię z tego powodu. Ale co by nie mówić, dziwne uczucie.
Słyszałam, że ludzki mózg jest tak zaprogramowany, aby gloryfikować dobre wspomnienia, a te złe wypierać. Stąd u 90% społeczeństwa idylliczna wizja własnego dzieciństwa ;)
Ad rem . Mam wrażenie, że ten mechanizm doskonale zdaje egzamin w przypadku mojej skromnej osoby, albowiem wystarczył mi stosunkowo krótki okres niechodzenia na UŁ, żebym zaczęła zapominać o tym, jak bardzo nie lubiłam tego miejsca, a zostawiała w pamięci tylko te szalone, pozytwne i optymistyczne momenty: integrację w parku Matejki i składka na mandat za picie w miejscach publicznych, sześciogodzinne ćwiczenia BHP i kolorowanka "Małe baletnice", które zakończyły żywot jako "Małe ulicznice" o wdzięcznych imionach Tatiana, Oksana, Swietłana, Masza i Natasza. Łapanie pająków do słoików po sałatce naddunajskiej. Zastanawianie się, czy doktora Porosta bardziej podnieca płucnica islandzka czy chrobotek reniferowy. Wykłady profesora Medaliona i jego "RYBOZOMY". Komitety kolejkowe na botanice.
Chyba jestem głupsza niż myślałam.
Przecież wcale nie chcę tam studiować. Nie chcę być biologem, a przynajmniej nie biologiem z dyplomem UŁ.
I wiem, że decyzja o zaprzestaniu pobierania nauk na BiOŚ była w gruncie rzeczy bardzo rozsądna, bo najważniejsza jest...? M...?
Ale tak mi się jakoś wkręciło.
Mam nadzieję, że kiedyś nadejdzie ten wiekopomny dzień, kiedy to będę duża i dojrzała (jak truskawka Jogobelli!) i przestanę być taka... retroperspektywiczna.
Zwłaszcza, że do matury zostało 10 tygodni, a mnie się zbiera na pierdoły.
Jedynym lekarstwem, które działa na wszystkie objawy przedwiosennej zamuły (zarówno fizycznej jak i psycho-twórczej), jak zwykle okazuje się muzyka.
Niniejszym zostawiam państwa, i siebie z resztą też, z paniami, które chcą i lubią GŁOŚNO.
Ja też.
Słyszałam, że ludzki mózg jest tak zaprogramowany, aby gloryfikować dobre wspomnienia, a te złe wypierać. Stąd u 90% społeczeństwa idylliczna wizja własnego dzieciństwa ;)
Ad rem . Mam wrażenie, że ten mechanizm doskonale zdaje egzamin w przypadku mojej skromnej osoby, albowiem wystarczył mi stosunkowo krótki okres niechodzenia na UŁ, żebym zaczęła zapominać o tym, jak bardzo nie lubiłam tego miejsca, a zostawiała w pamięci tylko te szalone, pozytwne i optymistyczne momenty: integrację w parku Matejki i składka na mandat za picie w miejscach publicznych, sześciogodzinne ćwiczenia BHP i kolorowanka "Małe baletnice", które zakończyły żywot jako "Małe ulicznice" o wdzięcznych imionach Tatiana, Oksana, Swietłana, Masza i Natasza. Łapanie pająków do słoików po sałatce naddunajskiej. Zastanawianie się, czy doktora Porosta bardziej podnieca płucnica islandzka czy chrobotek reniferowy. Wykłady profesora Medaliona i jego "RYBOZOMY". Komitety kolejkowe na botanice.
Chyba jestem głupsza niż myślałam.
Przecież wcale nie chcę tam studiować. Nie chcę być biologem, a przynajmniej nie biologiem z dyplomem UŁ.
I wiem, że decyzja o zaprzestaniu pobierania nauk na BiOŚ była w gruncie rzeczy bardzo rozsądna, bo najważniejsza jest...? M...?
Ale tak mi się jakoś wkręciło.
Mam nadzieję, że kiedyś nadejdzie ten wiekopomny dzień, kiedy to będę duża i dojrzała (jak truskawka Jogobelli!) i przestanę być taka... retroperspektywiczna.
Zwłaszcza, że do matury zostało 10 tygodni, a mnie się zbiera na pierdoły.
Jedynym lekarstwem, które działa na wszystkie objawy przedwiosennej zamuły (zarówno fizycznej jak i psycho-twórczej), jak zwykle okazuje się muzyka.
Niniejszym zostawiam państwa, i siebie z resztą też, z paniami, które chcą i lubią GŁOŚNO.
Ja też.
poniedziałek, 21 lutego 2011
sonda uliczna
Królestwo za wiosnę!
Jeszcze tydzień tego zajoba z zimą i autentycznie nie ręczę za siebie. Nieustanna zima przyprawia mnie o napady lękowe, na zmianę z atakami agresji skierowanymi ku każdej żywej istocie, i to przestaje powoli być akceptowane przez otoczenie.
Jak jest wiosna wszystko idzie jakoś łatwiej. Nawet psie kupy nie rażą mnie tak bardzo, kiedy mogę oddawać się kontemplowaniu słonecznej pogody. A tak ten jebany śnieg, co to spadł ostatnimi czasy, przyprawił mnie o dwudniową depresję. Co prawda widocznych skutków stresu pourazowego jeszcze nie obserwuję, ale nadejdą. Jak po każdej depresji.
I nie skłamię, jeśli powiem, że pragnę maja. Wizja matury ma dla mnie dwojaką postać, bo z jednej strony CHCĘ już to napisać i zapomnieć o tym smutnym epizodzie mojego życia jaką jest tzw. POWTÓRKA Z ROZRYWKI. A z drugiej strony napawa mnie przerażeniem to, że być może po raz drugi mi się nie uda.
A planu B póki co nie mam i nawet nie myslę o tym, by go stworzyć.
W zeszłym roku biologia wydawała mi się bardzo rozsądną alternatywą dla medycyny, i dopiero teraz zdaję sobie sprawę, JAKA JA BYŁM GŁUPIA ROK TEMU.
Ponoć wszyscy tak mówią, ale moja głupota to juz chyba przypadek kliniczny. Z resztą, ja nie jestem jak wszyscy. Jestem pierdolonym dzieckiem alternatywy. Tylko że nie chodzę w rurkach, które uniemożliwiają prawidłowe krążenie.
Ostatnio nikt mnie tak nie wkurza i nie śmieszy zarazem, jak właśnie ci alternatywni, szumnie zwani hipsterami. Ostatnio przeczytałam, że dla prawdziwego hipstera obciachem są książki z wypukłymi literami i praca na etacie.
Ale widać bycie dupkiem jest w cenie.
Chyba brak mi dzisiaj weny.
ale chyba najwyższa pora zastanowić się nad ewentualną lokalizacją Destination Place , za które uważam którąś polską uczelnię medyczną.
Do tej pory moim marzeniem był Poznań, ale czy to dobry wybór? Wiarygodnych opinii w internecie jak na lekarstwo, więc spróbuję posiłkować się blogiem ;)
Gdzie najlepiej studiować? waszym zdaniem?
Jeszcze tydzień tego zajoba z zimą i autentycznie nie ręczę za siebie. Nieustanna zima przyprawia mnie o napady lękowe, na zmianę z atakami agresji skierowanymi ku każdej żywej istocie, i to przestaje powoli być akceptowane przez otoczenie.
Jak jest wiosna wszystko idzie jakoś łatwiej. Nawet psie kupy nie rażą mnie tak bardzo, kiedy mogę oddawać się kontemplowaniu słonecznej pogody. A tak ten jebany śnieg, co to spadł ostatnimi czasy, przyprawił mnie o dwudniową depresję. Co prawda widocznych skutków stresu pourazowego jeszcze nie obserwuję, ale nadejdą. Jak po każdej depresji.
I nie skłamię, jeśli powiem, że pragnę maja. Wizja matury ma dla mnie dwojaką postać, bo z jednej strony CHCĘ już to napisać i zapomnieć o tym smutnym epizodzie mojego życia jaką jest tzw. POWTÓRKA Z ROZRYWKI. A z drugiej strony napawa mnie przerażeniem to, że być może po raz drugi mi się nie uda.
A planu B póki co nie mam i nawet nie myslę o tym, by go stworzyć.
W zeszłym roku biologia wydawała mi się bardzo rozsądną alternatywą dla medycyny, i dopiero teraz zdaję sobie sprawę, JAKA JA BYŁM GŁUPIA ROK TEMU.
Ponoć wszyscy tak mówią, ale moja głupota to juz chyba przypadek kliniczny. Z resztą, ja nie jestem jak wszyscy. Jestem pierdolonym dzieckiem alternatywy. Tylko że nie chodzę w rurkach, które uniemożliwiają prawidłowe krążenie.
Ostatnio nikt mnie tak nie wkurza i nie śmieszy zarazem, jak właśnie ci alternatywni, szumnie zwani hipsterami. Ostatnio przeczytałam, że dla prawdziwego hipstera obciachem są książki z wypukłymi literami i praca na etacie.
Ale widać bycie dupkiem jest w cenie.
Chyba brak mi dzisiaj weny.
ale chyba najwyższa pora zastanowić się nad ewentualną lokalizacją Destination Place , za które uważam którąś polską uczelnię medyczną.
Do tej pory moim marzeniem był Poznań, ale czy to dobry wybór? Wiarygodnych opinii w internecie jak na lekarstwo, więc spróbuję posiłkować się blogiem ;)
Gdzie najlepiej studiować? waszym zdaniem?
Subskrybuj:
Posty (Atom)