zostałam de facto zmuszona (przez sprzymierzone siły internetu i mojej wybitnej skłonności do wpadania w furię, w sytuacji gdy coś robię i nagle zostaje to w bestialski sposób przerwane), więc dzisiejsza notka nie bez powodu nosi tytuł właśnie taki a nie inny.
Zmuszona zostałam z tego powodu, że spokojnie oglądałam sobie "true blood", kiedy oczywiście w najlepszym momencie pokazało mi się rozkoszne okienko oznajmiające, że przekroczyłam dzienny limit minut. Niniejszym postanowiłam jakoś twórczo spożytkować gotującą się we mnie złość i przelać co nieco na klawiaturę.
Jestem rozgoryczona, bo dzisiaj jest pierwsza od bardzo dawna sobota, którą spędzam w domu i chciałam ją spędzić oglądając mój ulubiony ostatnimi czasy serial. A tu generalnie dupsko.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że większość wykształconych ludzi, ludzi inteligentych i światłych, uważa oglądanie tasiemców za rozrywkę plebsu, aczkolwiek, przyznaję szczerze, średnio mnie to obchodzi. Uwielbiam oglądać DOBRE seriale, nawet jeśli powoduje to moją intelektualną degradację. Chociaż osobiście uważam, że ludzie, którzy tak twierdzą, mają po prostu zamknięty umysł. I już. Chciałam dodać jeszcze jakieś mądre zdanie, co by stworzyć wybitnie długie zdanie podrzędnie złożone, ale zgubiłam wątek. Trudno. W każdym razie, w opini mojej skromnej osoby, takie seriale jak "6 stóp pod ziemią" albo "Rodzina Soprano", to prawdziwe kamienie milowe w popkulturze. O!
Mój ustawiczny brak motywacji całe szczęście postanowił na trochę odpuścić, i chwała mu za to. Udało mi się ogarnąć botanikę, a to jest wydarzenie godne szampana. Muszę się w sobie trochę spiąć do nauki, bo dokładnie za 3 tygodnie jest koncert, którym jaram się tak z grubsza już pół roku i zdaję sobie sprawę, że 2 dni przed i 2 dni po tym DNIU, nie znajdę w sobie ani odrobiny chęci, aby siedzieć nad czymkolwiek, co ma w nazwie przedrostek "bio". Obawiam się, że szykuje się epicki melanż. I tym bardziej nie mogę się doczekać. 21 dni. Tak mało, a tak strasznie się dłuży!
Ostatnio także zdałam sobie sprawę, jak wielką rolę w moim życiu odgrywa przypadek. Jak wiele niezapomnianych wrażeń, wspaniałych ludzi, genialnych piosenek poznałam przez jakiś niezwykły zbieg okoliczności. Z jednej strony się zachwyciłam. Z drugiej przeraziłam, jak wiele cudownych momentów mogło mnie ominąć. Przez przypadek. Ale tak czy inaczej, cały czas jestem pod wrażeniem, że sekundy decydują o tym, czy kogoś spotkam, czy nie. Jedna chwila, o tym, czy w danym momencie włączę radio i usłyszę piosenkę, od której nie uwolnię się potem przez długie tygodnie. Jedna decyzja zaważy o tym, czy spotkam na swojej drodze przyszłego najlepszego przyjaciela.
To jest naprawdę... zachwycające.
To było wtrącenie z cyklu "Spontaniczna dygresja".
Dziękuję, dobranoc.
21 dni!!!
sobota, 26 marca 2011
poniedziałek, 21 marca 2011
now no fear
Dzisiaj jest mój ukochany dzień w roku. Prawdopodbnie lubiany dużo bardziej niż urodziny, niż sylwester, niż coroczna impreza inaugurująca sezon picia w plenerze, jestem skłonna stwierdzić, że wręcz rywalizuje o pierwsze miejsce z wigilią.
PIERWSZY DZIEŃ WIOSNY!
Koniec brudnej, szarej, zimnej, a przede wszystkim za długiej o jakieś trzy miesiące ZIMY.
Czuję, że teraz będzie już tylko lepiej. Powoli wracają mi wszystkie siły witalne, nadwątlone, i to w niemałym stopniu, przez złą Królową Śniegu.
Gdyby nie to, że w chwili obecnej nie jestem studentką żadnej polskiej ani zagranicznej uczelni, zrobiłabym sobie pełnoprawny dzień wagarowicza.
Nawet zmieniłam repertuar w iPodzie. Koniec depresyjnych ballad, koniec dekadenckich bitów. Teraz potrzebuję zastrzyku optymizmu, żeby móc chłonąć aurę i oczami, i słuchem. Ale wiosna ma to do siebie, że czuć ją też nosem, nawet smakiem i dotykiem. Mam takie małe zboczenie (tłumaczę sobie, że biologiczne), i zawsze muszę obmacywać drzewa. To zakrawa na jakąś niezdrową perwersję vel fetysz, zdaję sobie z tego sprawę, ale tak już w istocie mam. I ostatnio podczas takiego macania (fuck, to z każdym zdaniem brzmi coraz gorzej ;o) rzuciły mi się w oczy pączki na forsycjach.
A to niezawodny znak, że "dog days are over". I już.
A tymczasem każdy dzień niebezpiecznie zbliża mnie do matury. Już mniej niż 2 miesiące. W sumie to szybko zleciało, aż nadspodziewanie szybko. Ale chcę już mieć to za sobą, więc nie ma spiny. Jeszcze tylko trochę chemii do ogarnięcia, niewiele biologii i będzie finito .
Nie nooo, nie mogę pisać o maturze, kiedy jest taka ładna pogoda! Zaraz dopadną mnie przez to wyrzuty sumienia wielkie jak Himalaje, bo nie mam najmniejszego zamiaru się dzisiaj uczyć. Ani odrobiny. Przez żadną nanosekundę dnia. W ruch idzie rower, słuchawki w uszy i lecimy zwiedzać miasto z perspektywy siodełka.
Jestem powtornie monotematyczna. Ale w sumie trudno. Działam na baterie słoneczne i po prostu bardzo się cieszę, że z dniem dzisiejszym wracam do życia, będąc przez ostatnie 3 miesiące w stanie permanentnej anabiozy.
Enjoy!
PIERWSZY DZIEŃ WIOSNY!
Koniec brudnej, szarej, zimnej, a przede wszystkim za długiej o jakieś trzy miesiące ZIMY.
Czuję, że teraz będzie już tylko lepiej. Powoli wracają mi wszystkie siły witalne, nadwątlone, i to w niemałym stopniu, przez złą Królową Śniegu.
Gdyby nie to, że w chwili obecnej nie jestem studentką żadnej polskiej ani zagranicznej uczelni, zrobiłabym sobie pełnoprawny dzień wagarowicza.
Nawet zmieniłam repertuar w iPodzie. Koniec depresyjnych ballad, koniec dekadenckich bitów. Teraz potrzebuję zastrzyku optymizmu, żeby móc chłonąć aurę i oczami, i słuchem. Ale wiosna ma to do siebie, że czuć ją też nosem, nawet smakiem i dotykiem. Mam takie małe zboczenie (tłumaczę sobie, że biologiczne), i zawsze muszę obmacywać drzewa. To zakrawa na jakąś niezdrową perwersję vel fetysz, zdaję sobie z tego sprawę, ale tak już w istocie mam. I ostatnio podczas takiego macania (fuck, to z każdym zdaniem brzmi coraz gorzej ;o) rzuciły mi się w oczy pączki na forsycjach.
A to niezawodny znak, że "dog days are over". I już.
A tymczasem każdy dzień niebezpiecznie zbliża mnie do matury. Już mniej niż 2 miesiące. W sumie to szybko zleciało, aż nadspodziewanie szybko. Ale chcę już mieć to za sobą, więc nie ma spiny. Jeszcze tylko trochę chemii do ogarnięcia, niewiele biologii i będzie finito .
Nie nooo, nie mogę pisać o maturze, kiedy jest taka ładna pogoda! Zaraz dopadną mnie przez to wyrzuty sumienia wielkie jak Himalaje, bo nie mam najmniejszego zamiaru się dzisiaj uczyć. Ani odrobiny. Przez żadną nanosekundę dnia. W ruch idzie rower, słuchawki w uszy i lecimy zwiedzać miasto z perspektywy siodełka.
Jestem powtornie monotematyczna. Ale w sumie trudno. Działam na baterie słoneczne i po prostu bardzo się cieszę, że z dniem dzisiejszym wracam do życia, będąc przez ostatnie 3 miesiące w stanie permanentnej anabiozy.
Enjoy!
wtorek, 8 marca 2011
"muszę zwariować, by móc normalnie żyć"
Jest 11:37, od prawie 40 minut powinnam, wedle swoich własnych założeń, siedzieć i uczyć się ewolucjonizmu. Kolejny dowód na to, że wszystko, co centralnie planowane nie ma racji bytu.
Ale jest tyle rzeczy o niebo ciekawszych niż lamarkinizm. Specjacja. Równowaga Hardy'ego-Weinberga.
Jest słońce za oknem. Rozmyślanie o genialnym wypadzie do STOLYCY w zeszły weekend. Retrospekcje wczorajszego koncertu. Chris Corner w głośnikach.
I JAK TU SIĘ DO CHOLERY SKUPIĆ NA NAUCE??!!
Muszę się ogarnąć. Do powtórki przedmaturalnej zostały mi już tylko ten cały ewolucjonizm, botanika, wirysy+bakterie+grzyby+protista i ekologia. W sumie najprostsze rzeczy, a ja wymiękam.
Chociaż w sumie, obiektywnie patrząc, wiedza z ekologii na maturę, to jest wszystko to, co jest zawarte w PRZEDMOWIE w "Ekologii Krebsa". Więc chyba nie będzie tragedii.
Jest jeden plus z tego, że przez cały semestr udało mi się chodzić na zajęcia z bezkręgów. Teraz mogą mi ci jajogłowi z CKE jebnąć 100 pytań na ten temat, nie ma spiny. Dam radę.
Cykl rozwojowy Fasciola hepatica pozostawił wiekuistą szramę na mojej psychice. Tego nie da się zapomnieć.
Inaczej ma się sprawa z botaniką. Niestety. Jakoś bardziej niż na tych @#$%^&* przekrojach, byłam skupiona na bezbłędnej stylówce obu bogiń haute couture. Zwłaszcza na tych spodniach z brylancikami na zajęciach ze zróżnicowania komórek roślinnych. Jezu.
Jeszcze muszę nadgonić trochę chemii. Przede mną jeszcze cała kinetyka i termochemia. Całe szczęście, ogarnęłam elektrochemię, co mnie niezmiernie cieszy.
Chcę już wakacji. Chcę, żeby było ciepło, żeby słońce zachodziło późno i wschodziło wcześnie. Chcę już jechać na Open'era, potem do Berlina - miasta, które autentycznie kocham. I chyba po prostu chcę, żeby już było "PO MATURZE".
A jeśli się dostanę na lekarski, to chyba rytualnie spalę wszystkie podręczniki do biologii.
Z chęcią spopieliłabym też "Zoologię bezkręgowców", albo tę Biblię Szatana spisaną przez Szweykowskich. Ale w sumie, to lepiej będzie je sprzedać, jakieś biednej duszyczce, która planuje karierę naukową na kierunku biologicznym na UŁ. Niech nadal żyje marzeniami. Amen.
Chociaż w sumie nigdzie nie są lepiej wytłumaczone tkanki i struktury komórkowe niż właśnie u małżeństwa Sz. Chyba jednak włączę podręcznik "Botanika. Morfologia. Tom 1. Alicja & Jerzy Szweykowscy" do pozycji maturalnych. A co.
Ale mogli zatrudnić lepszego grafika.
Lubię ładne rysunki.
A rysunek ryzodermy jest co najmniej dwuznaczny. Chyba ktoś sobie zdawał sprawę, o czym najczęściej myślą studenci, kiedy toeretycznie powinni zajmować się nauką ;)
Jest już 12:00, a to oznacza, ni mniej-ni więcej, że kolejną godzinę mojej egzystencji, którą miałam spędzić, powiększając zasób wiedzy z biologii, zmarnowałam.
Wprost cudownie.
Ale w sumie who cares ;)
Ale jest tyle rzeczy o niebo ciekawszych niż lamarkinizm. Specjacja. Równowaga Hardy'ego-Weinberga.
Jest słońce za oknem. Rozmyślanie o genialnym wypadzie do STOLYCY w zeszły weekend. Retrospekcje wczorajszego koncertu. Chris Corner w głośnikach.
I JAK TU SIĘ DO CHOLERY SKUPIĆ NA NAUCE??!!
Muszę się ogarnąć. Do powtórki przedmaturalnej zostały mi już tylko ten cały ewolucjonizm, botanika, wirysy+bakterie+grzyby+protista i ekologia. W sumie najprostsze rzeczy, a ja wymiękam.
Chociaż w sumie, obiektywnie patrząc, wiedza z ekologii na maturę, to jest wszystko to, co jest zawarte w PRZEDMOWIE w "Ekologii Krebsa". Więc chyba nie będzie tragedii.
Jest jeden plus z tego, że przez cały semestr udało mi się chodzić na zajęcia z bezkręgów. Teraz mogą mi ci jajogłowi z CKE jebnąć 100 pytań na ten temat, nie ma spiny. Dam radę.
Cykl rozwojowy Fasciola hepatica pozostawił wiekuistą szramę na mojej psychice. Tego nie da się zapomnieć.
Inaczej ma się sprawa z botaniką. Niestety. Jakoś bardziej niż na tych @#$%^&* przekrojach, byłam skupiona na bezbłędnej stylówce obu bogiń haute couture. Zwłaszcza na tych spodniach z brylancikami na zajęciach ze zróżnicowania komórek roślinnych. Jezu.
Jeszcze muszę nadgonić trochę chemii. Przede mną jeszcze cała kinetyka i termochemia. Całe szczęście, ogarnęłam elektrochemię, co mnie niezmiernie cieszy.
Chcę już wakacji. Chcę, żeby było ciepło, żeby słońce zachodziło późno i wschodziło wcześnie. Chcę już jechać na Open'era, potem do Berlina - miasta, które autentycznie kocham. I chyba po prostu chcę, żeby już było "PO MATURZE".
A jeśli się dostanę na lekarski, to chyba rytualnie spalę wszystkie podręczniki do biologii.
Z chęcią spopieliłabym też "Zoologię bezkręgowców", albo tę Biblię Szatana spisaną przez Szweykowskich. Ale w sumie, to lepiej będzie je sprzedać, jakieś biednej duszyczce, która planuje karierę naukową na kierunku biologicznym na UŁ. Niech nadal żyje marzeniami. Amen.
Chociaż w sumie nigdzie nie są lepiej wytłumaczone tkanki i struktury komórkowe niż właśnie u małżeństwa Sz. Chyba jednak włączę podręcznik "Botanika. Morfologia. Tom 1. Alicja & Jerzy Szweykowscy" do pozycji maturalnych. A co.
Ale mogli zatrudnić lepszego grafika.
Lubię ładne rysunki.
A rysunek ryzodermy jest co najmniej dwuznaczny. Chyba ktoś sobie zdawał sprawę, o czym najczęściej myślą studenci, kiedy toeretycznie powinni zajmować się nauką ;)
Jest już 12:00, a to oznacza, ni mniej-ni więcej, że kolejną godzinę mojej egzystencji, którą miałam spędzić, powiększając zasób wiedzy z biologii, zmarnowałam.
Wprost cudownie.
Ale w sumie who cares ;)
piątek, 25 lutego 2011
My heart in the speakers is loving the volume
dziwnie się poczułam, kiedy na liście studentów w drugim semestrze nie zobaczyłam swojego nazwiska. Jednocześnie jednosekundowe przygnębienie i obezwładniają euforię z tego powodu. Ale co by nie mówić, dziwne uczucie.
Słyszałam, że ludzki mózg jest tak zaprogramowany, aby gloryfikować dobre wspomnienia, a te złe wypierać. Stąd u 90% społeczeństwa idylliczna wizja własnego dzieciństwa ;)
Ad rem . Mam wrażenie, że ten mechanizm doskonale zdaje egzamin w przypadku mojej skromnej osoby, albowiem wystarczył mi stosunkowo krótki okres niechodzenia na UŁ, żebym zaczęła zapominać o tym, jak bardzo nie lubiłam tego miejsca, a zostawiała w pamięci tylko te szalone, pozytwne i optymistyczne momenty: integrację w parku Matejki i składka na mandat za picie w miejscach publicznych, sześciogodzinne ćwiczenia BHP i kolorowanka "Małe baletnice", które zakończyły żywot jako "Małe ulicznice" o wdzięcznych imionach Tatiana, Oksana, Swietłana, Masza i Natasza. Łapanie pająków do słoików po sałatce naddunajskiej. Zastanawianie się, czy doktora Porosta bardziej podnieca płucnica islandzka czy chrobotek reniferowy. Wykłady profesora Medaliona i jego "RYBOZOMY". Komitety kolejkowe na botanice.
Chyba jestem głupsza niż myślałam.
Przecież wcale nie chcę tam studiować. Nie chcę być biologem, a przynajmniej nie biologiem z dyplomem UŁ.
I wiem, że decyzja o zaprzestaniu pobierania nauk na BiOŚ była w gruncie rzeczy bardzo rozsądna, bo najważniejsza jest...? M...?
Ale tak mi się jakoś wkręciło.
Mam nadzieję, że kiedyś nadejdzie ten wiekopomny dzień, kiedy to będę duża i dojrzała (jak truskawka Jogobelli!) i przestanę być taka... retroperspektywiczna.
Zwłaszcza, że do matury zostało 10 tygodni, a mnie się zbiera na pierdoły.
Jedynym lekarstwem, które działa na wszystkie objawy przedwiosennej zamuły (zarówno fizycznej jak i psycho-twórczej), jak zwykle okazuje się muzyka.
Niniejszym zostawiam państwa, i siebie z resztą też, z paniami, które chcą i lubią GŁOŚNO.
Ja też.
Słyszałam, że ludzki mózg jest tak zaprogramowany, aby gloryfikować dobre wspomnienia, a te złe wypierać. Stąd u 90% społeczeństwa idylliczna wizja własnego dzieciństwa ;)
Ad rem . Mam wrażenie, że ten mechanizm doskonale zdaje egzamin w przypadku mojej skromnej osoby, albowiem wystarczył mi stosunkowo krótki okres niechodzenia na UŁ, żebym zaczęła zapominać o tym, jak bardzo nie lubiłam tego miejsca, a zostawiała w pamięci tylko te szalone, pozytwne i optymistyczne momenty: integrację w parku Matejki i składka na mandat za picie w miejscach publicznych, sześciogodzinne ćwiczenia BHP i kolorowanka "Małe baletnice", które zakończyły żywot jako "Małe ulicznice" o wdzięcznych imionach Tatiana, Oksana, Swietłana, Masza i Natasza. Łapanie pająków do słoików po sałatce naddunajskiej. Zastanawianie się, czy doktora Porosta bardziej podnieca płucnica islandzka czy chrobotek reniferowy. Wykłady profesora Medaliona i jego "RYBOZOMY". Komitety kolejkowe na botanice.
Chyba jestem głupsza niż myślałam.
Przecież wcale nie chcę tam studiować. Nie chcę być biologem, a przynajmniej nie biologiem z dyplomem UŁ.
I wiem, że decyzja o zaprzestaniu pobierania nauk na BiOŚ była w gruncie rzeczy bardzo rozsądna, bo najważniejsza jest...? M...?
Ale tak mi się jakoś wkręciło.
Mam nadzieję, że kiedyś nadejdzie ten wiekopomny dzień, kiedy to będę duża i dojrzała (jak truskawka Jogobelli!) i przestanę być taka... retroperspektywiczna.
Zwłaszcza, że do matury zostało 10 tygodni, a mnie się zbiera na pierdoły.
Jedynym lekarstwem, które działa na wszystkie objawy przedwiosennej zamuły (zarówno fizycznej jak i psycho-twórczej), jak zwykle okazuje się muzyka.
Niniejszym zostawiam państwa, i siebie z resztą też, z paniami, które chcą i lubią GŁOŚNO.
Ja też.
poniedziałek, 21 lutego 2011
sonda uliczna
Królestwo za wiosnę!
Jeszcze tydzień tego zajoba z zimą i autentycznie nie ręczę za siebie. Nieustanna zima przyprawia mnie o napady lękowe, na zmianę z atakami agresji skierowanymi ku każdej żywej istocie, i to przestaje powoli być akceptowane przez otoczenie.
Jak jest wiosna wszystko idzie jakoś łatwiej. Nawet psie kupy nie rażą mnie tak bardzo, kiedy mogę oddawać się kontemplowaniu słonecznej pogody. A tak ten jebany śnieg, co to spadł ostatnimi czasy, przyprawił mnie o dwudniową depresję. Co prawda widocznych skutków stresu pourazowego jeszcze nie obserwuję, ale nadejdą. Jak po każdej depresji.
I nie skłamię, jeśli powiem, że pragnę maja. Wizja matury ma dla mnie dwojaką postać, bo z jednej strony CHCĘ już to napisać i zapomnieć o tym smutnym epizodzie mojego życia jaką jest tzw. POWTÓRKA Z ROZRYWKI. A z drugiej strony napawa mnie przerażeniem to, że być może po raz drugi mi się nie uda.
A planu B póki co nie mam i nawet nie myslę o tym, by go stworzyć.
W zeszłym roku biologia wydawała mi się bardzo rozsądną alternatywą dla medycyny, i dopiero teraz zdaję sobie sprawę, JAKA JA BYŁM GŁUPIA ROK TEMU.
Ponoć wszyscy tak mówią, ale moja głupota to juz chyba przypadek kliniczny. Z resztą, ja nie jestem jak wszyscy. Jestem pierdolonym dzieckiem alternatywy. Tylko że nie chodzę w rurkach, które uniemożliwiają prawidłowe krążenie.
Ostatnio nikt mnie tak nie wkurza i nie śmieszy zarazem, jak właśnie ci alternatywni, szumnie zwani hipsterami. Ostatnio przeczytałam, że dla prawdziwego hipstera obciachem są książki z wypukłymi literami i praca na etacie.
Ale widać bycie dupkiem jest w cenie.
Chyba brak mi dzisiaj weny.
ale chyba najwyższa pora zastanowić się nad ewentualną lokalizacją Destination Place , za które uważam którąś polską uczelnię medyczną.
Do tej pory moim marzeniem był Poznań, ale czy to dobry wybór? Wiarygodnych opinii w internecie jak na lekarstwo, więc spróbuję posiłkować się blogiem ;)
Gdzie najlepiej studiować? waszym zdaniem?
Jeszcze tydzień tego zajoba z zimą i autentycznie nie ręczę za siebie. Nieustanna zima przyprawia mnie o napady lękowe, na zmianę z atakami agresji skierowanymi ku każdej żywej istocie, i to przestaje powoli być akceptowane przez otoczenie.
Jak jest wiosna wszystko idzie jakoś łatwiej. Nawet psie kupy nie rażą mnie tak bardzo, kiedy mogę oddawać się kontemplowaniu słonecznej pogody. A tak ten jebany śnieg, co to spadł ostatnimi czasy, przyprawił mnie o dwudniową depresję. Co prawda widocznych skutków stresu pourazowego jeszcze nie obserwuję, ale nadejdą. Jak po każdej depresji.
I nie skłamię, jeśli powiem, że pragnę maja. Wizja matury ma dla mnie dwojaką postać, bo z jednej strony CHCĘ już to napisać i zapomnieć o tym smutnym epizodzie mojego życia jaką jest tzw. POWTÓRKA Z ROZRYWKI. A z drugiej strony napawa mnie przerażeniem to, że być może po raz drugi mi się nie uda.
A planu B póki co nie mam i nawet nie myslę o tym, by go stworzyć.
W zeszłym roku biologia wydawała mi się bardzo rozsądną alternatywą dla medycyny, i dopiero teraz zdaję sobie sprawę, JAKA JA BYŁM GŁUPIA ROK TEMU.
Ponoć wszyscy tak mówią, ale moja głupota to juz chyba przypadek kliniczny. Z resztą, ja nie jestem jak wszyscy. Jestem pierdolonym dzieckiem alternatywy. Tylko że nie chodzę w rurkach, które uniemożliwiają prawidłowe krążenie.
Ostatnio nikt mnie tak nie wkurza i nie śmieszy zarazem, jak właśnie ci alternatywni, szumnie zwani hipsterami. Ostatnio przeczytałam, że dla prawdziwego hipstera obciachem są książki z wypukłymi literami i praca na etacie.
Ale widać bycie dupkiem jest w cenie.
Chyba brak mi dzisiaj weny.
ale chyba najwyższa pora zastanowić się nad ewentualną lokalizacją Destination Place , za które uważam którąś polską uczelnię medyczną.
Do tej pory moim marzeniem był Poznań, ale czy to dobry wybór? Wiarygodnych opinii w internecie jak na lekarstwo, więc spróbuję posiłkować się blogiem ;)
Gdzie najlepiej studiować? waszym zdaniem?
sobota, 12 lutego 2011
no doubt, but...
przeżywam jakieś skrajne stany emocjonalne, to już się chyba pod jakąś jednostkę chorobową nadaje.
z jednej strony nieznośna lekkość bytu (tak, tak, właśnie przeczytałam Kunderę, zamiast czytać o katalizie enzymatycznej, Bóg mnie na pewno pokara), spowodowana tym, że już dłużej nie muszę chodzić na UŁ, nie muszę się przejmować informatyką ani żadnym innym biologicznym hitem, nie muszę tak naprawdę zrywać się bladym świtem, żeby na 8:00 dotrzeć na drugi koniec miasta na zajęcia, które trwają krócej, niż trwa moja podróż tamże.
A z drugiej strony przeżywam kryzys moich twórczych możliwości. Nie potrafię się zmobilizować do nauki, co sprawia, że potem przeżywam wyrzuty sumienia, co z kolei jeszcze bardziej mnie demotywuje. Błędne koło, jak pragnę Nobla. Błędne koło.
A przecież sobie tłumaczę, że jak chcesz być lekarzem, to się UCZ, a nie pierdolisz.
No ale nie mogę.
Potrzebuję dobrego słowa, mądrej rady. Ja wiem, to brzmi jak slogan jakiegoś księdza-spowiednika, ale naprawdę potrzebuję czegoś takiego.
A do kościoła nie pójdę. Podejrzewam, że by mnie przegonili uroczym "Apage Satanas", a pozostałym domownikom zaproponowaliby egzorcyzymy za pół ceny.
Nie wiem, czy będę dobrym lekarzem. Nie wiem. Wiem tylko, że jest to moje największe marzenie (jeszcze równie bardzo bym chciała mieć świnkę wietnamską, ale podejrzewam, że to jest marzenie, które już na zawsze marzeniem tylko pozostanie ;)). i tak, wiem, że każdy kandydat na lekarza tak mówi (w sensie że o największym marzeniu, nie o śwince!), a potem życie weryfikuje i wzniosłe idee i wielkie plany.
Ale ja jestem idealistką, a to jest nieuleczalne.
Chyba pójdę się pouczyć. Jakby co, to wolę żałować, że uczyłam się czegoś na marne, niż że się nie nauczyłam.
Ale kryzys światopoglądowy trwa. Mam nadzieję, że krótki.
Ale za jakieś słowo wsparcia (nawet w formie "ogarnij się dziewczyno, a nie użalasz się nad sobą i pierdolisz bez pojęcia") się nie obrażę.
z jednej strony nieznośna lekkość bytu (tak, tak, właśnie przeczytałam Kunderę, zamiast czytać o katalizie enzymatycznej, Bóg mnie na pewno pokara), spowodowana tym, że już dłużej nie muszę chodzić na UŁ, nie muszę się przejmować informatyką ani żadnym innym biologicznym hitem, nie muszę tak naprawdę zrywać się bladym świtem, żeby na 8:00 dotrzeć na drugi koniec miasta na zajęcia, które trwają krócej, niż trwa moja podróż tamże.
A z drugiej strony przeżywam kryzys moich twórczych możliwości. Nie potrafię się zmobilizować do nauki, co sprawia, że potem przeżywam wyrzuty sumienia, co z kolei jeszcze bardziej mnie demotywuje. Błędne koło, jak pragnę Nobla. Błędne koło.
A przecież sobie tłumaczę, że jak chcesz być lekarzem, to się UCZ, a nie pierdolisz.
No ale nie mogę.
Potrzebuję dobrego słowa, mądrej rady. Ja wiem, to brzmi jak slogan jakiegoś księdza-spowiednika, ale naprawdę potrzebuję czegoś takiego.
A do kościoła nie pójdę. Podejrzewam, że by mnie przegonili uroczym "Apage Satanas", a pozostałym domownikom zaproponowaliby egzorcyzymy za pół ceny.
Nie wiem, czy będę dobrym lekarzem. Nie wiem. Wiem tylko, że jest to moje największe marzenie (jeszcze równie bardzo bym chciała mieć świnkę wietnamską, ale podejrzewam, że to jest marzenie, które już na zawsze marzeniem tylko pozostanie ;)). i tak, wiem, że każdy kandydat na lekarza tak mówi (w sensie że o największym marzeniu, nie o śwince!), a potem życie weryfikuje i wzniosłe idee i wielkie plany.
Ale ja jestem idealistką, a to jest nieuleczalne.
Chyba pójdę się pouczyć. Jakby co, to wolę żałować, że uczyłam się czegoś na marne, niż że się nie nauczyłam.
Ale kryzys światopoglądowy trwa. Mam nadzieję, że krótki.
Ale za jakieś słowo wsparcia (nawet w formie "ogarnij się dziewczyno, a nie użalasz się nad sobą i pierdolisz bez pojęcia") się nie obrażę.
niedziela, 6 lutego 2011
Dres Power...!!!
stwierdziłam, że napiszę notkę z jednego tylko powodu. Wczoraj przeżyłam autentyczny szok osobowościowy, a blog jest doskonałym miejscem, gdzie mogę się tym doświadczeniem podzielić z ludźmi.
Ale dzisiejsze clue wymaga skromnego wprowadzenia w postaci poniedziałkowej wizyty w dziekanacie (która oczywiście zakończyła się kompletnym fiaskiem, bo stojąc w kilometrowej kolejce po godzinie usłyszałam, że wraz z godziną 14:00, dziekanat kończy swoją działalność usługową wobec studentów. oczywiście nie chcę się posunąć do kontrowersyjnego stwierdzenia, że dziekanat służy pomocy studentom, nie jestem takim hardkorem. ale przynajmniej nie powinien wszczepiać w studentów poczucia beznadzieji, za każdym razem, gdy są zmuszeni przekroczyć jego próg. ale chyba jestem osamotniona). Ale do rzeczy. Stojąc ww. kolejce, rozwiązując sudoku, flirtując z przystojniakami z ochrony środowiska (dobre sobie.), dogłębnie analizując problemy węgierskiego przemysłu meblarskiego itd, byłam świadkiem baaardzo interesującej sytuacji.
Otóż Krwawa Mary, Pierwsza I Jedyna Królowa Dziekanatu miała autentyczny problem z nawrzeszczeniem i objechaniem kolejnej zagubionej studenckiej duszyczki! i choć przez sekundę (albo i dwie!) byłam pewna, że to sam Szatan (albo Wielki Potwór Spaghetti!) objawił się przed Bloody Mary, powód okazał się wyjątkowo prozaiczny i w swej prostocie tak genialny, że aż niemożliwy. Otóż Student (przez duże S, bo chyba nikomu wcześniej nie udało się wyprowadzic Marysi z równowagi w ten sposób!) nie mówił po polsku ;)
I chyba nikogo nie zdziwi to, że w zaistniałej sytuacji wszyscy udawali, że nie rozumieją ani słowa po angielsku. Wykrzywiona bezsilnością twarz Mary - tego nie da się kupić za żadne pieniądze.
W każdym razie. Tą opowiastką chciałam ukazać problem, jaki istnieje wśród urzędników wyższego i niższego szczebla (i pan z dziekanatu) - często zerowa znajomość jakiegokolwiek języka oprócz polskiego. wśród tych starszych można zaobserwować dość znikomą wiedzę z języka rosyjskiego, która najczęściej ogranicza się do wierszyków na cześć towarzysza Stalina, które trzeba było wygłaszać na akademii z okazji 1. maja. No ale cóż.
Zapoznawszy was z historią z dziekanatu i płynącym z niej przesłaniem mogę przejść do sedna.
Jadę sobie spokojnie tramwajem, linia nr 12, godziny popołudniowe. Na przystanku wsiada młode dziewczę i próbuje kupić bilet, ale niestety, bez powodzenia. Prawdopodobną przyczyną jest to, że dziewczyna ma tylko banknot z licem Jagiełły, żadnych drobnych, LUB to, że zwraca się do kierowcy po angielsku.
W każdym razie zaniechuje (mogę tak powiedzieć? obiecałam sobie, że zero przeklinania, a tu się wkradło słowo określające męskie przyrodzenie, i to w liczbie mnogiej ;D) kupna biletu.
Na następnym przystanku wsiadają przedstawiciele blokerskiej ELYTY, tj. pierwszorzędne dresy w pierwszorzędnych ortalionach, pierwszorzędnych białych skarpetach ze ściągaczem i o pierwszorzędnie wygolonych glacach. I naprawdę pierwszorzędnych byczych karkach. I zaczynają sprawdzać bilety. I ku mojemu najwyższemu zdumieniu (porównywalne jedynie z tym, jak się dowiedziałam, ile metrów ma penis wieloryba), po zorientowaniu się, że cudzoziemska dziewoja nie ma biletu, zaczęli z nią rozmawiać najprawdziwszym, zupełnie poprawnym gramatycznie i fonetycznie ANGIELSKIM!
Naprawdę, musiałam zbierać szczękę z podłogi z wrażenie.
A morał, drogie dzieci? Jak dla mnie to jeden: nigdy więcej nie komentować dresiarskiej stylówy bo angielsku, będąc przekonaną, że i tak nie zrozumie.
Przyrzekam, nigdy więcej tego nie zrobię!
p.s przerzucę się na niemiecki...>=D
Ale dzisiejsze clue wymaga skromnego wprowadzenia w postaci poniedziałkowej wizyty w dziekanacie (która oczywiście zakończyła się kompletnym fiaskiem, bo stojąc w kilometrowej kolejce po godzinie usłyszałam, że wraz z godziną 14:00, dziekanat kończy swoją działalność usługową wobec studentów. oczywiście nie chcę się posunąć do kontrowersyjnego stwierdzenia, że dziekanat służy pomocy studentom, nie jestem takim hardkorem. ale przynajmniej nie powinien wszczepiać w studentów poczucia beznadzieji, za każdym razem, gdy są zmuszeni przekroczyć jego próg. ale chyba jestem osamotniona). Ale do rzeczy. Stojąc ww. kolejce, rozwiązując sudoku, flirtując z przystojniakami z ochrony środowiska (dobre sobie.), dogłębnie analizując problemy węgierskiego przemysłu meblarskiego itd, byłam świadkiem baaardzo interesującej sytuacji.
Otóż Krwawa Mary, Pierwsza I Jedyna Królowa Dziekanatu miała autentyczny problem z nawrzeszczeniem i objechaniem kolejnej zagubionej studenckiej duszyczki! i choć przez sekundę (albo i dwie!) byłam pewna, że to sam Szatan (albo Wielki Potwór Spaghetti!) objawił się przed Bloody Mary, powód okazał się wyjątkowo prozaiczny i w swej prostocie tak genialny, że aż niemożliwy. Otóż Student (przez duże S, bo chyba nikomu wcześniej nie udało się wyprowadzic Marysi z równowagi w ten sposób!) nie mówił po polsku ;)
I chyba nikogo nie zdziwi to, że w zaistniałej sytuacji wszyscy udawali, że nie rozumieją ani słowa po angielsku. Wykrzywiona bezsilnością twarz Mary - tego nie da się kupić za żadne pieniądze.
W każdym razie. Tą opowiastką chciałam ukazać problem, jaki istnieje wśród urzędników wyższego i niższego szczebla (i pan z dziekanatu) - często zerowa znajomość jakiegokolwiek języka oprócz polskiego. wśród tych starszych można zaobserwować dość znikomą wiedzę z języka rosyjskiego, która najczęściej ogranicza się do wierszyków na cześć towarzysza Stalina, które trzeba było wygłaszać na akademii z okazji 1. maja. No ale cóż.
Zapoznawszy was z historią z dziekanatu i płynącym z niej przesłaniem mogę przejść do sedna.
Jadę sobie spokojnie tramwajem, linia nr 12, godziny popołudniowe. Na przystanku wsiada młode dziewczę i próbuje kupić bilet, ale niestety, bez powodzenia. Prawdopodobną przyczyną jest to, że dziewczyna ma tylko banknot z licem Jagiełły, żadnych drobnych, LUB to, że zwraca się do kierowcy po angielsku.
W każdym razie zaniechuje (mogę tak powiedzieć? obiecałam sobie, że zero przeklinania, a tu się wkradło słowo określające męskie przyrodzenie, i to w liczbie mnogiej ;D) kupna biletu.
Na następnym przystanku wsiadają przedstawiciele blokerskiej ELYTY, tj. pierwszorzędne dresy w pierwszorzędnych ortalionach, pierwszorzędnych białych skarpetach ze ściągaczem i o pierwszorzędnie wygolonych glacach. I naprawdę pierwszorzędnych byczych karkach. I zaczynają sprawdzać bilety. I ku mojemu najwyższemu zdumieniu (porównywalne jedynie z tym, jak się dowiedziałam, ile metrów ma penis wieloryba), po zorientowaniu się, że cudzoziemska dziewoja nie ma biletu, zaczęli z nią rozmawiać najprawdziwszym, zupełnie poprawnym gramatycznie i fonetycznie ANGIELSKIM!
Naprawdę, musiałam zbierać szczękę z podłogi z wrażenie.
A morał, drogie dzieci? Jak dla mnie to jeden: nigdy więcej nie komentować dresiarskiej stylówy bo angielsku, będąc przekonaną, że i tak nie zrozumie.
Przyrzekam, nigdy więcej tego nie zrobię!
p.s przerzucę się na niemiecki...>=D
Subskrybuj:
Posty (Atom)