przeżywam jakieś skrajne stany emocjonalne, to już się chyba pod jakąś jednostkę chorobową nadaje.
z jednej strony nieznośna lekkość bytu (tak, tak, właśnie przeczytałam Kunderę, zamiast czytać o katalizie enzymatycznej, Bóg mnie na pewno pokara), spowodowana tym, że już dłużej nie muszę chodzić na UŁ, nie muszę się przejmować informatyką ani żadnym innym biologicznym hitem, nie muszę tak naprawdę zrywać się bladym świtem, żeby na 8:00 dotrzeć na drugi koniec miasta na zajęcia, które trwają krócej, niż trwa moja podróż tamże.
A z drugiej strony przeżywam kryzys moich twórczych możliwości. Nie potrafię się zmobilizować do nauki, co sprawia, że potem przeżywam wyrzuty sumienia, co z kolei jeszcze bardziej mnie demotywuje. Błędne koło, jak pragnę Nobla. Błędne koło.
A przecież sobie tłumaczę, że jak chcesz być lekarzem, to się UCZ, a nie pierdolisz.
No ale nie mogę.
Potrzebuję dobrego słowa, mądrej rady. Ja wiem, to brzmi jak slogan jakiegoś księdza-spowiednika, ale naprawdę potrzebuję czegoś takiego.
A do kościoła nie pójdę. Podejrzewam, że by mnie przegonili uroczym "Apage Satanas", a pozostałym domownikom zaproponowaliby egzorcyzymy za pół ceny.
Nie wiem, czy będę dobrym lekarzem. Nie wiem. Wiem tylko, że jest to moje największe marzenie (jeszcze równie bardzo bym chciała mieć świnkę wietnamską, ale podejrzewam, że to jest marzenie, które już na zawsze marzeniem tylko pozostanie ;)). i tak, wiem, że każdy kandydat na lekarza tak mówi (w sensie że o największym marzeniu, nie o śwince!), a potem życie weryfikuje i wzniosłe idee i wielkie plany.
Ale ja jestem idealistką, a to jest nieuleczalne.
Chyba pójdę się pouczyć. Jakby co, to wolę żałować, że uczyłam się czegoś na marne, niż że się nie nauczyłam.
Ale kryzys światopoglądowy trwa. Mam nadzieję, że krótki.
Ale za jakieś słowo wsparcia (nawet w formie "ogarnij się dziewczyno, a nie użalasz się nad sobą i pierdolisz bez pojęcia") się nie obrażę.
sobota, 12 lutego 2011
niedziela, 6 lutego 2011
Dres Power...!!!
stwierdziłam, że napiszę notkę z jednego tylko powodu. Wczoraj przeżyłam autentyczny szok osobowościowy, a blog jest doskonałym miejscem, gdzie mogę się tym doświadczeniem podzielić z ludźmi.
Ale dzisiejsze clue wymaga skromnego wprowadzenia w postaci poniedziałkowej wizyty w dziekanacie (która oczywiście zakończyła się kompletnym fiaskiem, bo stojąc w kilometrowej kolejce po godzinie usłyszałam, że wraz z godziną 14:00, dziekanat kończy swoją działalność usługową wobec studentów. oczywiście nie chcę się posunąć do kontrowersyjnego stwierdzenia, że dziekanat służy pomocy studentom, nie jestem takim hardkorem. ale przynajmniej nie powinien wszczepiać w studentów poczucia beznadzieji, za każdym razem, gdy są zmuszeni przekroczyć jego próg. ale chyba jestem osamotniona). Ale do rzeczy. Stojąc ww. kolejce, rozwiązując sudoku, flirtując z przystojniakami z ochrony środowiska (dobre sobie.), dogłębnie analizując problemy węgierskiego przemysłu meblarskiego itd, byłam świadkiem baaardzo interesującej sytuacji.
Otóż Krwawa Mary, Pierwsza I Jedyna Królowa Dziekanatu miała autentyczny problem z nawrzeszczeniem i objechaniem kolejnej zagubionej studenckiej duszyczki! i choć przez sekundę (albo i dwie!) byłam pewna, że to sam Szatan (albo Wielki Potwór Spaghetti!) objawił się przed Bloody Mary, powód okazał się wyjątkowo prozaiczny i w swej prostocie tak genialny, że aż niemożliwy. Otóż Student (przez duże S, bo chyba nikomu wcześniej nie udało się wyprowadzic Marysi z równowagi w ten sposób!) nie mówił po polsku ;)
I chyba nikogo nie zdziwi to, że w zaistniałej sytuacji wszyscy udawali, że nie rozumieją ani słowa po angielsku. Wykrzywiona bezsilnością twarz Mary - tego nie da się kupić za żadne pieniądze.
W każdym razie. Tą opowiastką chciałam ukazać problem, jaki istnieje wśród urzędników wyższego i niższego szczebla (i pan z dziekanatu) - często zerowa znajomość jakiegokolwiek języka oprócz polskiego. wśród tych starszych można zaobserwować dość znikomą wiedzę z języka rosyjskiego, która najczęściej ogranicza się do wierszyków na cześć towarzysza Stalina, które trzeba było wygłaszać na akademii z okazji 1. maja. No ale cóż.
Zapoznawszy was z historią z dziekanatu i płynącym z niej przesłaniem mogę przejść do sedna.
Jadę sobie spokojnie tramwajem, linia nr 12, godziny popołudniowe. Na przystanku wsiada młode dziewczę i próbuje kupić bilet, ale niestety, bez powodzenia. Prawdopodobną przyczyną jest to, że dziewczyna ma tylko banknot z licem Jagiełły, żadnych drobnych, LUB to, że zwraca się do kierowcy po angielsku.
W każdym razie zaniechuje (mogę tak powiedzieć? obiecałam sobie, że zero przeklinania, a tu się wkradło słowo określające męskie przyrodzenie, i to w liczbie mnogiej ;D) kupna biletu.
Na następnym przystanku wsiadają przedstawiciele blokerskiej ELYTY, tj. pierwszorzędne dresy w pierwszorzędnych ortalionach, pierwszorzędnych białych skarpetach ze ściągaczem i o pierwszorzędnie wygolonych glacach. I naprawdę pierwszorzędnych byczych karkach. I zaczynają sprawdzać bilety. I ku mojemu najwyższemu zdumieniu (porównywalne jedynie z tym, jak się dowiedziałam, ile metrów ma penis wieloryba), po zorientowaniu się, że cudzoziemska dziewoja nie ma biletu, zaczęli z nią rozmawiać najprawdziwszym, zupełnie poprawnym gramatycznie i fonetycznie ANGIELSKIM!
Naprawdę, musiałam zbierać szczękę z podłogi z wrażenie.
A morał, drogie dzieci? Jak dla mnie to jeden: nigdy więcej nie komentować dresiarskiej stylówy bo angielsku, będąc przekonaną, że i tak nie zrozumie.
Przyrzekam, nigdy więcej tego nie zrobię!
p.s przerzucę się na niemiecki...>=D
Ale dzisiejsze clue wymaga skromnego wprowadzenia w postaci poniedziałkowej wizyty w dziekanacie (która oczywiście zakończyła się kompletnym fiaskiem, bo stojąc w kilometrowej kolejce po godzinie usłyszałam, że wraz z godziną 14:00, dziekanat kończy swoją działalność usługową wobec studentów. oczywiście nie chcę się posunąć do kontrowersyjnego stwierdzenia, że dziekanat służy pomocy studentom, nie jestem takim hardkorem. ale przynajmniej nie powinien wszczepiać w studentów poczucia beznadzieji, za każdym razem, gdy są zmuszeni przekroczyć jego próg. ale chyba jestem osamotniona). Ale do rzeczy. Stojąc ww. kolejce, rozwiązując sudoku, flirtując z przystojniakami z ochrony środowiska (dobre sobie.), dogłębnie analizując problemy węgierskiego przemysłu meblarskiego itd, byłam świadkiem baaardzo interesującej sytuacji.
Otóż Krwawa Mary, Pierwsza I Jedyna Królowa Dziekanatu miała autentyczny problem z nawrzeszczeniem i objechaniem kolejnej zagubionej studenckiej duszyczki! i choć przez sekundę (albo i dwie!) byłam pewna, że to sam Szatan (albo Wielki Potwór Spaghetti!) objawił się przed Bloody Mary, powód okazał się wyjątkowo prozaiczny i w swej prostocie tak genialny, że aż niemożliwy. Otóż Student (przez duże S, bo chyba nikomu wcześniej nie udało się wyprowadzic Marysi z równowagi w ten sposób!) nie mówił po polsku ;)
I chyba nikogo nie zdziwi to, że w zaistniałej sytuacji wszyscy udawali, że nie rozumieją ani słowa po angielsku. Wykrzywiona bezsilnością twarz Mary - tego nie da się kupić za żadne pieniądze.
W każdym razie. Tą opowiastką chciałam ukazać problem, jaki istnieje wśród urzędników wyższego i niższego szczebla (i pan z dziekanatu) - często zerowa znajomość jakiegokolwiek języka oprócz polskiego. wśród tych starszych można zaobserwować dość znikomą wiedzę z języka rosyjskiego, która najczęściej ogranicza się do wierszyków na cześć towarzysza Stalina, które trzeba było wygłaszać na akademii z okazji 1. maja. No ale cóż.
Zapoznawszy was z historią z dziekanatu i płynącym z niej przesłaniem mogę przejść do sedna.
Jadę sobie spokojnie tramwajem, linia nr 12, godziny popołudniowe. Na przystanku wsiada młode dziewczę i próbuje kupić bilet, ale niestety, bez powodzenia. Prawdopodobną przyczyną jest to, że dziewczyna ma tylko banknot z licem Jagiełły, żadnych drobnych, LUB to, że zwraca się do kierowcy po angielsku.
W każdym razie zaniechuje (mogę tak powiedzieć? obiecałam sobie, że zero przeklinania, a tu się wkradło słowo określające męskie przyrodzenie, i to w liczbie mnogiej ;D) kupna biletu.
Na następnym przystanku wsiadają przedstawiciele blokerskiej ELYTY, tj. pierwszorzędne dresy w pierwszorzędnych ortalionach, pierwszorzędnych białych skarpetach ze ściągaczem i o pierwszorzędnie wygolonych glacach. I naprawdę pierwszorzędnych byczych karkach. I zaczynają sprawdzać bilety. I ku mojemu najwyższemu zdumieniu (porównywalne jedynie z tym, jak się dowiedziałam, ile metrów ma penis wieloryba), po zorientowaniu się, że cudzoziemska dziewoja nie ma biletu, zaczęli z nią rozmawiać najprawdziwszym, zupełnie poprawnym gramatycznie i fonetycznie ANGIELSKIM!
Naprawdę, musiałam zbierać szczękę z podłogi z wrażenie.
A morał, drogie dzieci? Jak dla mnie to jeden: nigdy więcej nie komentować dresiarskiej stylówy bo angielsku, będąc przekonaną, że i tak nie zrozumie.
Przyrzekam, nigdy więcej tego nie zrobię!
p.s przerzucę się na niemiecki...>=D
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Wind of change!
byłam dzisiaj u siebie w liceum, co by potwierdzić, że nadal mam zamiar podchodzić ponownie do matury.
no i byłam i się wzruszyłam. te mury nie widziały mnie już gruuuubo ponad pół roku, a nic się nie zmieniło. NIC. Po prostu wszędzie zaglądając, czułam się tak, jakbym wyszła stamtąd wczoraj o 15, a wróciła dzisiaj o 10 rano. Niesamowite uczucie.
I ci wszyscy nauczyciele, którzy sami do mnie podchodzili, całowali, pytali co słychać... Niby wiem, że to już nie jest MOJA szkoła, że teraz inni ludzie codziennie tu przychodzą, żeby spędzić siedem godzin, ucząc się absolutnie nieprzydatnych rzeczy typu asymptoty (?), założenia Planu Balcerowicza, czy no nie wiem, kolęd po łacinie (tak! to moje ulubione wspomnienie z łaciny!). Ale nigdy nie spędziłam, i chyba już nigdy nie spędzę, takich trzech lat, jak te trzy w liceum. Trzy lata totalnego szaleństwa z najlepszymi ludźmi na świecie.
No ale. Koniec wspomnień, rzewnych tęsknot, czas przejść do rzeczy.
RZUCIŁAM STUDIA.
Właśnie tak. Studiowanie biologii na UŁ mnie przerosło. I nie w sensie, jakby tu rzec, naukowym, bo akurat uczenie się nie sprawiało mi większych problemów (informatyka się nie liczy!). Przeważyło głównie to, że te studia są bez sensu, zwłaszcza dla kogoś, kto wcale nie zamierza ich kończyć.
I bardzo racjonalnie myśląc, jak rzadko, doszłam do wniosku, że jeśli mam się się stresować przewidzianą na drugi semestr matematyką, FIZYKĄ, chemią fizyczną czy jakimś innym hitem, to wolę spędzić ten czas konstruktywniej, ucząc się do matury. Bo jeszcze tylko tego brakowało, żebym miała na koniec letniego semestru 5 z matmy, a maturę napisaną gorzej niż w zeszłym roku. No bez takich.
Postanowiłam, że może po prostu, od czasu do czasu, pojawię się na wykładzie z zoologii kręgowców. To jest jedyny przedmiot, którego żałuję. Naprawdę. Zawsze chciałam dowiedzieć się czegoś więcej o niedźwiedziach. Albo kormoranach. To zdecydowanie ciekawsze niż Lumbricus terrestris.
Chociaż w sumie sekcja zwłok mątwy była naprawdę ok. Nie wiem, co mogłoby ją przebić. Sekcja legwana?
Mniejsza o to.
Długi czas się wahałam przed podjęciem tej decyzji. Ponad miesiąc. Ale uznałam, że wybieram lepsze wyjście. A w każdym razie mniejsze zło.
Zdecydowanie bardziej wolę dobrze zdać maturę. Tym bardziej, że choćby nie wiem, jak dobrze poszła mi sesja letnia, i jak źle matura, to na drugi rok biologii nikt by mnie wołami nie zaciągnął. Te studia są nie na moje nerwy.
Staram się zawsze dobrze oceniać ludzi, co potwierdzi każdy, kto mnie zna (zaszzcyt nieziemski). Ale o ludziach, jakiś 80% studentów pierwszego roku biologii UŁ, nie potrafię niestety powiedzieć NIC dobrego. Zważywszy na to, że można ich podzielić na dzieci NK= sWeeT FooCie w LU$stRzE w KiBLu ;*, blachary w tipsach i absolwentów liceów z maturą napisaną na 30%, to chyba nic dziwnego.
Całe szczęście istnieje jeszcze te 20%. Niech ich Bóg blogosławi.
No bo błagam. Jak doktor od botaniki mówi, że trzeba kupić fartuch, to co się robi?
Podejrzewam, że każdy w miarę inteligenty człowiek kieruje się do sklepu medycznego czy ze sprzętem laboratoryjnym i zaopatruje się w biały fartuch.
Ale że BiOŚ to wylęgarnia hardkorów wszelkiej maści, to zdarzają się i tacy, co kupują fartuch, owszem. KUCHENNY.
Taki, ściślej rzecz ujmując:

To jest authentic story , wszystko serio.
No. Takim więc sposobem zaczynam nowe życie! Wolne od indeksu, wolne od kolokwiów, wolne od wykładow, wolne od studenckiego przywileju jeżdżenia tramwajem z ulgowym biletem. Przynajmniej do października ;)
no i byłam i się wzruszyłam. te mury nie widziały mnie już gruuuubo ponad pół roku, a nic się nie zmieniło. NIC. Po prostu wszędzie zaglądając, czułam się tak, jakbym wyszła stamtąd wczoraj o 15, a wróciła dzisiaj o 10 rano. Niesamowite uczucie.
I ci wszyscy nauczyciele, którzy sami do mnie podchodzili, całowali, pytali co słychać... Niby wiem, że to już nie jest MOJA szkoła, że teraz inni ludzie codziennie tu przychodzą, żeby spędzić siedem godzin, ucząc się absolutnie nieprzydatnych rzeczy typu asymptoty (?), założenia Planu Balcerowicza, czy no nie wiem, kolęd po łacinie (tak! to moje ulubione wspomnienie z łaciny!). Ale nigdy nie spędziłam, i chyba już nigdy nie spędzę, takich trzech lat, jak te trzy w liceum. Trzy lata totalnego szaleństwa z najlepszymi ludźmi na świecie.
No ale. Koniec wspomnień, rzewnych tęsknot, czas przejść do rzeczy.
RZUCIŁAM STUDIA.
Właśnie tak. Studiowanie biologii na UŁ mnie przerosło. I nie w sensie, jakby tu rzec, naukowym, bo akurat uczenie się nie sprawiało mi większych problemów (informatyka się nie liczy!). Przeważyło głównie to, że te studia są bez sensu, zwłaszcza dla kogoś, kto wcale nie zamierza ich kończyć.
I bardzo racjonalnie myśląc, jak rzadko, doszłam do wniosku, że jeśli mam się się stresować przewidzianą na drugi semestr matematyką, FIZYKĄ, chemią fizyczną czy jakimś innym hitem, to wolę spędzić ten czas konstruktywniej, ucząc się do matury. Bo jeszcze tylko tego brakowało, żebym miała na koniec letniego semestru 5 z matmy, a maturę napisaną gorzej niż w zeszłym roku. No bez takich.
Postanowiłam, że może po prostu, od czasu do czasu, pojawię się na wykładzie z zoologii kręgowców. To jest jedyny przedmiot, którego żałuję. Naprawdę. Zawsze chciałam dowiedzieć się czegoś więcej o niedźwiedziach. Albo kormoranach. To zdecydowanie ciekawsze niż Lumbricus terrestris.
Chociaż w sumie sekcja zwłok mątwy była naprawdę ok. Nie wiem, co mogłoby ją przebić. Sekcja legwana?
Mniejsza o to.
Długi czas się wahałam przed podjęciem tej decyzji. Ponad miesiąc. Ale uznałam, że wybieram lepsze wyjście. A w każdym razie mniejsze zło.
Zdecydowanie bardziej wolę dobrze zdać maturę. Tym bardziej, że choćby nie wiem, jak dobrze poszła mi sesja letnia, i jak źle matura, to na drugi rok biologii nikt by mnie wołami nie zaciągnął. Te studia są nie na moje nerwy.
Staram się zawsze dobrze oceniać ludzi, co potwierdzi każdy, kto mnie zna (zaszzcyt nieziemski). Ale o ludziach, jakiś 80% studentów pierwszego roku biologii UŁ, nie potrafię niestety powiedzieć NIC dobrego. Zważywszy na to, że można ich podzielić na dzieci NK= sWeeT FooCie w LU$stRzE w KiBLu ;*, blachary w tipsach i absolwentów liceów z maturą napisaną na 30%, to chyba nic dziwnego.
Całe szczęście istnieje jeszcze te 20%. Niech ich Bóg blogosławi.
No bo błagam. Jak doktor od botaniki mówi, że trzeba kupić fartuch, to co się robi?
Podejrzewam, że każdy w miarę inteligenty człowiek kieruje się do sklepu medycznego czy ze sprzętem laboratoryjnym i zaopatruje się w biały fartuch.
Ale że BiOŚ to wylęgarnia hardkorów wszelkiej maści, to zdarzają się i tacy, co kupują fartuch, owszem. KUCHENNY.
Taki, ściślej rzecz ujmując:

To jest authentic story , wszystko serio.
No. Takim więc sposobem zaczynam nowe życie! Wolne od indeksu, wolne od kolokwiów, wolne od wykładow, wolne od studenckiego przywileju jeżdżenia tramwajem z ulgowym biletem. Przynajmniej do października ;)
Etykiety:
bajolodży,
ludzie i parapety,
matura to bzdura,
retroperspektywa
poniedziałek, 17 stycznia 2011
szmery-bajery
wybrałam się dzisiaj na wykład z anatomii, który o anatomii traktuje tylko z nazwy od jakiegoś czasu, albowiem przez ostatni +miesiąc słucham wyłącznie o stanowiskach antropologicznych, kopaniu w ziemi i o tym, dlaczego jedną małpę nazwano Lucy, a inną Sruci.
I szczerze mówiąc, z dzisiejszego wywodu profesora L., zapamiętałam jedynie, że jako pospolity osobnik Homo sapiens noszę w moim genomie 4% genów neandertalczyka.
To sporo tłumaczy, powiem wam.
Właśnie teraz trwa ta chwila, kiedy to powinnam zgłębiać tajniki teorii telomowej, oczywiście WYBITNIE istotnej dla każdego człowieka. Między wierszami zdołałam wyczytać z wykładu profesora Medaliona, że zadając się z ludźmi, którzy jej nie znają, cofam się w rozwoju.
Aczkolwiek nie robię tego (w sensie nie uczę się of kors), bo mi się NIE CHCE. Właśnie podkreślam różne rzeczy w cudownej biblii tych wszystkich szaleńców, których jara botanika, tj. podręczniku morfologii roślin małżeństwa Szweykowskich. Chyba konstruuję za długie zdania, bo sama się gubię.
A więc od początku. Podkreślam zdania, których sens pozostaje dla mnie niezbadany, jednocześnie zostawiając adnotacje w stylu "co kurwa?", "WTF", "jebać, nie ma na egz" i im pokrewne, ażeby móc któregoś dnia spytać się kogoś mądrzejszego ode mnie o co chodzi. Jednakże przeczuwam, że ten doniosły dzień nigdy nie nadejdzie.
A poza tym w moim życiu nie dzieje się nic wartego opisu.
Może tylko to, że ostatnio przed Katedrą Zoologii Bezkręgowców i Hydrobiologii widziałam kolesia w oratlionowym dresie ze ściągaczami, białych skarpetkach i butach marki "Adidos", który szedł po wpis.
Chyba nic mnie już nie zdziwi.
No chyba że portier z Wydziału Matematyki. Ale tam generalnie są dziwni ludzie.
Portier: Ale ma pani oczy! Jak pięć złotych!
Ja: No wie pan co! Że niby takie duże?
P: Nie... Muszą pięknie się świecić w blasku księżyca...
no i co, mądrale? Nielichy ma bajer pan portier, co?
I szczerze mówiąc, z dzisiejszego wywodu profesora L., zapamiętałam jedynie, że jako pospolity osobnik Homo sapiens noszę w moim genomie 4% genów neandertalczyka.
To sporo tłumaczy, powiem wam.
Właśnie teraz trwa ta chwila, kiedy to powinnam zgłębiać tajniki teorii telomowej, oczywiście WYBITNIE istotnej dla każdego człowieka. Między wierszami zdołałam wyczytać z wykładu profesora Medaliona, że zadając się z ludźmi, którzy jej nie znają, cofam się w rozwoju.
Aczkolwiek nie robię tego (w sensie nie uczę się of kors), bo mi się NIE CHCE. Właśnie podkreślam różne rzeczy w cudownej biblii tych wszystkich szaleńców, których jara botanika, tj. podręczniku morfologii roślin małżeństwa Szweykowskich. Chyba konstruuję za długie zdania, bo sama się gubię.
A więc od początku. Podkreślam zdania, których sens pozostaje dla mnie niezbadany, jednocześnie zostawiając adnotacje w stylu "co kurwa?", "WTF", "jebać, nie ma na egz" i im pokrewne, ażeby móc któregoś dnia spytać się kogoś mądrzejszego ode mnie o co chodzi. Jednakże przeczuwam, że ten doniosły dzień nigdy nie nadejdzie.
A poza tym w moim życiu nie dzieje się nic wartego opisu.
Może tylko to, że ostatnio przed Katedrą Zoologii Bezkręgowców i Hydrobiologii widziałam kolesia w oratlionowym dresie ze ściągaczami, białych skarpetkach i butach marki "Adidos", który szedł po wpis.
Chyba nic mnie już nie zdziwi.
No chyba że portier z Wydziału Matematyki. Ale tam generalnie są dziwni ludzie.
Portier: Ale ma pani oczy! Jak pięć złotych!
Ja: No wie pan co! Że niby takie duże?
P: Nie... Muszą pięknie się świecić w blasku księżyca...
no i co, mądrale? Nielichy ma bajer pan portier, co?
czwartek, 13 stycznia 2011
please take me back to the start
Chyba przeżywam styczniowe przesilenie. Styczniową depresję. Styczniowe "Dni Kutasa".
Nie lubię stycznia. To jakiś taki martwy miesiąc. Nic się nie dzieje, jest brzydko, mokro i zimno, ludzie chodzą jak zombie i tylko patrzą na ciebie spode łba i mruczą "i want your brrrain... i want your brrrrain...!!!"
No więc nie lubię.
Tak samo jak nienawidzę, jawnie nie cierpię ludzi, którzy zamiast mózgu mają jakąś pseudo-mięsną papkę, jak hamburger z McDonaldsa. A już krew mnie zalewa, jak tacy ludzie dostają prawo jazdy, a potem indeks UŁ.
Konkrety? Proszę bardzo.
Miejsce akcji: Parking za budynkiem Biologii Molekularnej, godzina 9:30. Z pozoru zwykła studentka wydziału BiOŚ, tak naprawdę superstar, znana szerzej jako Królowa Wszechrzeczy, przyjeżdża na miejsce akcji w celu zaparkowania swojego automobilu zwanego Czerwoną Rakietą. O dziwo miejsca do parkowania jest nadspodziewanie dużo, w związku z czym nasza gwiazda decyduje się zaparkować w środkowym rzędzie samochodów, żeby mieć jak najbliżej do sali wykładowej, gdzie czeka już profesor S. i zaczyna deklamować cykl rozowojowy Phallangium opilio.
Królowa Wszechrzeczy, niżej zwana Martą, spędza na swoim wydziale cudowne 2 godziny, słuchając o mezodermalnym pochodzeniu, długich nogach i ewolucyjnym sukcesie stawów.
Marta decyduje się nie iść na wykład z botaniki. Nie ma ku temu żadnego poważnego powodu. Po prostu zapada decyzja, że w dniu dzisiejszym odpuszczamy sobie wykład profesora Medaliona.
Kolejne pół godziny spędza Marta umawiając się z ludźmi ze swojej grupy na piątkową imperezę. W bardzo dobrym nastroju zmierza na wyżej wspomniany parking, gdzie cały świetny humor bierze w chuja, bo jakiś kretyn zablokował jej auto od przodu, a inny debil od tyłu. I nie pomoże tu ani "Karny kutas za chujowe parkowanie" ani trąbienie ani nic z powszechnie stosowanych środków, bo i tak za chuja nie wyjadę.
Bluźniąc na czym świat stoi decyduję się zrobić zdjęcia tym arcymistrzom kierownicy, a raczej ich wehikułom.
I tutaj wydarza się coś, czego nie mogę nazwać inaczej niż tylko przeznaczeniem.
Rzucając panienkami na lewo i prawo widzę, że zbliża się do mnie osobnik płci męskiej. A potem miód dla moich uszu! "Ale jakiś kutas panią urządził!".
Człowieku, spadłeś mi z nieba!
A potem nastąpił doniosły moment użycia linki holowniczej i przetransportowania srebrego-kurwa-poloneza na sam środek parkingu. I oczywiście zostawienie pewnej bardzo miłej wiadomości.
I błagam, niech już będzie lato.
Lipcu, wróć!
Nie lubię stycznia. To jakiś taki martwy miesiąc. Nic się nie dzieje, jest brzydko, mokro i zimno, ludzie chodzą jak zombie i tylko patrzą na ciebie spode łba i mruczą "i want your brrrain... i want your brrrrain...!!!"
No więc nie lubię.
Tak samo jak nienawidzę, jawnie nie cierpię ludzi, którzy zamiast mózgu mają jakąś pseudo-mięsną papkę, jak hamburger z McDonaldsa. A już krew mnie zalewa, jak tacy ludzie dostają prawo jazdy, a potem indeks UŁ.
Konkrety? Proszę bardzo.
Miejsce akcji: Parking za budynkiem Biologii Molekularnej, godzina 9:30. Z pozoru zwykła studentka wydziału BiOŚ, tak naprawdę superstar, znana szerzej jako Królowa Wszechrzeczy, przyjeżdża na miejsce akcji w celu zaparkowania swojego automobilu zwanego Czerwoną Rakietą. O dziwo miejsca do parkowania jest nadspodziewanie dużo, w związku z czym nasza gwiazda decyduje się zaparkować w środkowym rzędzie samochodów, żeby mieć jak najbliżej do sali wykładowej, gdzie czeka już profesor S. i zaczyna deklamować cykl rozowojowy Phallangium opilio.
Królowa Wszechrzeczy, niżej zwana Martą, spędza na swoim wydziale cudowne 2 godziny, słuchając o mezodermalnym pochodzeniu, długich nogach i ewolucyjnym sukcesie stawów.
Marta decyduje się nie iść na wykład z botaniki. Nie ma ku temu żadnego poważnego powodu. Po prostu zapada decyzja, że w dniu dzisiejszym odpuszczamy sobie wykład profesora Medaliona.
Kolejne pół godziny spędza Marta umawiając się z ludźmi ze swojej grupy na piątkową imperezę. W bardzo dobrym nastroju zmierza na wyżej wspomniany parking, gdzie cały świetny humor bierze w chuja, bo jakiś kretyn zablokował jej auto od przodu, a inny debil od tyłu. I nie pomoże tu ani "Karny kutas za chujowe parkowanie" ani trąbienie ani nic z powszechnie stosowanych środków, bo i tak za chuja nie wyjadę.
Bluźniąc na czym świat stoi decyduję się zrobić zdjęcia tym arcymistrzom kierownicy, a raczej ich wehikułom.
I tutaj wydarza się coś, czego nie mogę nazwać inaczej niż tylko przeznaczeniem.
Rzucając panienkami na lewo i prawo widzę, że zbliża się do mnie osobnik płci męskiej. A potem miód dla moich uszu! "Ale jakiś kutas panią urządził!".
Człowieku, spadłeś mi z nieba!
A potem nastąpił doniosły moment użycia linki holowniczej i przetransportowania srebrego-kurwa-poloneza na sam środek parkingu. I oczywiście zostawienie pewnej bardzo miłej wiadomości.
I błagam, niech już będzie lato.
Lipcu, wróć!
Etykiety:
autobiografia,
Czerwona Rakieta,
Dzień Typu Kutas
wtorek, 4 stycznia 2011
houston, we've got a problem
zaiste, problem mam potężny. jeszcze nie będę tu o niczym pisać, bo w razie jakbym jednak zmieniła zdanie to odwracanie kota ogonem nie jest tym, co lubię najbardziej.
ale problem mam. DUŻY.
póki co jednak spieszę donieść, że dziś nastąpił po raz pierwszy ten doniosły dzień, kiedy to nie poszłam na kolosa. 1:0 dla bezkręgów innymi słowy. o wyżej wspomnainym dowiedziałam się wczoraj i podchodząc do sprawy z wrodzonym zdrowym rozsądkiem, uznałam, że w ciągu jednej nocy nie nauczę się całej systematyki Arthropoda, Insecta, Echinodermata i jeszcze czegoś, wszystkich rysunków, wszystkich, ponoć niezbędnych (niezbędna to jest wiedza jak uratować człowiekowi życie moim zdaniem, a nie to, czy Odontaster validus żyje w wodzie takiej czy srakiej. Ale ja to ja.) informacji na temat tych wszystkich potworów.
Więc olałam i nie poszłam.
Nie wiem tylko, czy w związku z tym dopuszczą mnie do rozbójnika, ale who cares. Najwyżej nie dopuszczą. Jeszcze tego brakowało, żebym się przejmowała. Phi.
Natomiast zaczynam mieć coraz bardziej wyjebane (właśnie w tym momencie moje szlachetne postanowienie noworoczne poszło w cholerę) na te wszystkie pierdoły na ekologii. Jestem przekonana, że te wszystkie mądre nazwy, które tak naprawdę określają podstawowe mechanizmy w przyrodzie, które każdy zna i obserwuje, wymyślił jakiś desperat. Po cholerę nazywać coś "indukowaną obroną przed drapieznikami", skoro można po prostu powiedzieć: żaba jest kolorowa, bo ma w sobie truciznę. Ale oczywiście nie. To musi mądrze brzmieć, więc nie ma to-tamto i lecimy z obroną indukowaną.
Jawny bezsens. Moim zdaniem.
No i cóż począć. Tkwię obecnie w tym rozkosznym bagienku, jakim jest BiOŚ i nie mam możliwości ruchu.
Jestem ciekawa, czy mojego bloga przegląda może jakiś student socjologii. Albo jakieś powiązanej dziedziny. Bo jakby co, wystarczy mail i jestem gotowa zapewnić sporą liczbę potencjalnych tematów na pracę magisterską / doktorancką. Do wyboru do koloru. Oczywiście w kontekście Wydziału Biologii UŁ.
Na dzień dzisiejszy proponuję coś dla fascynatów mody. Jeżeli nudzi cię uliczna moda, gdzie wszyscy chodzą w rurkach, skórzanych kurtkach i kozakach za kolano, zapraszamy na ul. Banacha w Łodzi. Trwa tu nieustanny Fashion Week, konkurencja dla tego odbywającego się w maju i październiku w Manufakturze. Jako "must-have" tego sezonu lansuje się ogrodniczki i, uwaga!, SZTRUKSO-DŻINSY, a uściślając sztrukso-teksasy. Produkt typu "haj-feszyn", wyłącznie dla zdeklarowanych fashion victims.

Jeżeli chcielibyście poznać kreatora, Karla Lagerfelda naszych czasów, udajcie się do katedry Botaniki, a stamtąd do Instytutu Algologii i Lichenologii. Tam juz bezbłędnie wskażą wam drogę.
Szczypta ironii działa lepiej niż cokolwiek innego na poprawę humoru.
ale problem mam. DUŻY.
póki co jednak spieszę donieść, że dziś nastąpił po raz pierwszy ten doniosły dzień, kiedy to nie poszłam na kolosa. 1:0 dla bezkręgów innymi słowy. o wyżej wspomnainym dowiedziałam się wczoraj i podchodząc do sprawy z wrodzonym zdrowym rozsądkiem, uznałam, że w ciągu jednej nocy nie nauczę się całej systematyki Arthropoda, Insecta, Echinodermata i jeszcze czegoś, wszystkich rysunków, wszystkich, ponoć niezbędnych (niezbędna to jest wiedza jak uratować człowiekowi życie moim zdaniem, a nie to, czy Odontaster validus żyje w wodzie takiej czy srakiej. Ale ja to ja.) informacji na temat tych wszystkich potworów.
Więc olałam i nie poszłam.
Nie wiem tylko, czy w związku z tym dopuszczą mnie do rozbójnika, ale who cares. Najwyżej nie dopuszczą. Jeszcze tego brakowało, żebym się przejmowała. Phi.
Natomiast zaczynam mieć coraz bardziej wyjebane (właśnie w tym momencie moje szlachetne postanowienie noworoczne poszło w cholerę) na te wszystkie pierdoły na ekologii. Jestem przekonana, że te wszystkie mądre nazwy, które tak naprawdę określają podstawowe mechanizmy w przyrodzie, które każdy zna i obserwuje, wymyślił jakiś desperat. Po cholerę nazywać coś "indukowaną obroną przed drapieznikami", skoro można po prostu powiedzieć: żaba jest kolorowa, bo ma w sobie truciznę. Ale oczywiście nie. To musi mądrze brzmieć, więc nie ma to-tamto i lecimy z obroną indukowaną.
Jawny bezsens. Moim zdaniem.
No i cóż począć. Tkwię obecnie w tym rozkosznym bagienku, jakim jest BiOŚ i nie mam możliwości ruchu.
Jestem ciekawa, czy mojego bloga przegląda może jakiś student socjologii. Albo jakieś powiązanej dziedziny. Bo jakby co, wystarczy mail i jestem gotowa zapewnić sporą liczbę potencjalnych tematów na pracę magisterską / doktorancką. Do wyboru do koloru. Oczywiście w kontekście Wydziału Biologii UŁ.
Na dzień dzisiejszy proponuję coś dla fascynatów mody. Jeżeli nudzi cię uliczna moda, gdzie wszyscy chodzą w rurkach, skórzanych kurtkach i kozakach za kolano, zapraszamy na ul. Banacha w Łodzi. Trwa tu nieustanny Fashion Week, konkurencja dla tego odbywającego się w maju i październiku w Manufakturze. Jako "must-have" tego sezonu lansuje się ogrodniczki i, uwaga!, SZTRUKSO-DŻINSY, a uściślając sztrukso-teksasy. Produkt typu "haj-feszyn", wyłącznie dla zdeklarowanych fashion victims.

Jeżeli chcielibyście poznać kreatora, Karla Lagerfelda naszych czasów, udajcie się do katedry Botaniki, a stamtąd do Instytutu Algologii i Lichenologii. Tam juz bezbłędnie wskażą wam drogę.
Szczypta ironii działa lepiej niż cokolwiek innego na poprawę humoru.
niedziela, 26 grudnia 2010
it's too late to apologise
pojechałam Timbalandem.
ale teraz do rzeczy. strasznie mi głupio, że tak zapuściłam bloga. Naprawdę. Zwłaszcza, że udało mi się nawet któregoś razu zamieścić post o tym, jak to denerwuje, kiedy ktoś nie umieszcza żadnych postów.
Moje drugie imię to Hipokryzja.
I absolutnie nie mam zamiaru się tłumaczyć, bo każde tłumaczenie zawsze źle wygląda. Więc nie będę.
Ale tak czy inaczej minęły ponad 2 miesiące od czasu, gdy po raz ostatni nawiedziła mnie wena twórcza i chyba wypadałoby choć trochę to nadrobić.
To zacznę może od tego, że jeśli ktokolwiek i kiedykolwiek powie mi, że biologia to są łatwe i przyjemne studia to mu chyba wyjadę z bani. Zajechało trochę dresiarskim żargonem, ale to było zamierzone. Ile to razy zdarzyło mi się pokątnie usłyszeć, że co to tam taka BIOLOGIA. Otóż, proszę państwa, biologia to ekologia, sozologia, botanika, anatomia, fizjologia, genetyka, mikologia, algologia, lichenologia, zoologia (ze wszystkimi swoimi wewnętrznymi podziałami, a co!), biochemia, ewolucja, antropologia i jakiś pierdyliard innych dyscyplin, które trzeba w różnym stopniu ogarnąć.
A "Zoologia bezkręgówców, tom I" Błaszaka (bez stawonogów!!!) to zaledwie jakieś 1000 stron.
Więc zanim zdążycie powiedzieć, że biologia to pryszcz, przypomnijcie sobię tę notkę u Królowej Wszechrzeczy i zastanówcie się 5 razy.
Ale do rzeczy. Tym oto skromnym wstępem chciałam zaznaczyć, ze nie jest łatwo. Bo ja naprawdę myślałam, ze idę na lajtowe studia, że będę chodziła na uczelnię 2 razy w tygodniu i będę miała dużo czasu, żeby przygotowywać się do powtórki z rozrywki pod kryptonimem M&M, co w prostym przekładzie oznacza "MAJ I MATURA". Otóż nie. Jest zapierdol.
Inna sprawa dotyczy poziomu nauczania na UŁ, ale to jest wątek godzien rozwinięcia na jakieś pracy doktoranckiej z socjologii czy czegoś takiego.
Bo prawda jest brutalna. 3/4 ludzi na biologii to ludzie, którzy nigdy przedtem nie mieli styczności z prawdziwą nauką biologii. choćby dlatego, że są po Technikum Gastronomicznym w Pabianicach i na ten przykład nie wiedzą co to takiego fotosynteza. Bo uczono ich ucierania sosu tatarskiego, a nie takich pierdół.
Ja oczywiście nic nie mam przeciwko ludziom z gastronomika, wręcz przeciwnie. Ale uważam, że jeśli nie mają ku temu predyspozycji to nie powinni iść na studia, które zupełnie ich nie interesują. A idą, bo fajniej jest powiedzieć o sobie per "student" niż "obierający kartofle w restauracji". Bo faktem jest, że na biologię na UŁ dostawał się każdy. Nawet jeśli na maturze zdawał wos i historię tańca.
Nawet jeśli ich nie zdał, tak gwoli ścisłości.
Z resztą studentów Wydziału BiOŚ można podzielić na 3 zasadnicze grupy:
- ci, którzy naprawdę bardzo chcą zostać biologami i zbawiać świat swoimi odkryciami/ucząc dzieci w szkołach o ciągłości życia. Innymi słowy ludzie z powołaniem
- ci, którzy znaleźli się tam przez przypadek - były wolne miejsca, to przynieśli papiery i zostali. Prawdopodbnie nie przetrwają pierwszej sesji.
- ci, którzy nie dostali się na medycynę/stomatologię/farmację/psychologię - wbrew pozorom całkiem prężna grupa
I to jest dosyć smutne, bo po pierwszym roku odpada jakieś 80% składu.
No ale cóż.
Wielkimi krokami zbliża się zimowa sesja i trzeba by się spiąć i zacząć się uczyć. Na pierwszy ogień idą bezkręgi, potem botanika, anatomia a na koniec ekologia.
Dziwi mnie tylko, że na lekarskim mają w zimowej tylko JEDEN egzamin. Ale nie jest powiedziane, że muszę rozumieć wszystko, prawda?
Masakryczne będą bezkręgi, jeszcze nie wiem jakim cudem uda mi się to ogarnąć. Zwłaszcza, że miłym preludium będzie Rozbójnik = rozpoznawanie robali, opowiadanie o nich z pasją i oddaniem.
No i anatomia. To już będzie teksańska maskara. Rili.
Ale dajmy na przykład taką ekologię. W liceum miałam na nią poświęcone jakieś 4 godziny, a i tak myślałam, że to przesada.
Studia zmieniły mi cały światopogląd na temat ekologii. Zwłaszcza, że ekologia jest praktycznie równoznaczna z matmą, więc wiecie. Wymiękam.
Ale dam radę, no bez jaj.
Podobnie sytuacja z grzybami - w liceum 1 lekcja. Studia - 10 tygodni z mikologią. Ale przynajmniej znam całą systematykę grzyba, który obrasta szatnię basenu UMedu, łącznie z metodami rozmnażania i sposobem autoobrony :P
Więc w sumie nie ma tego złego, jako rzecze staropolskie przysłowie.
Na wiosennym pikniku będę mogła szpanować. "hmmm...moim zdaniem to Helix pomatia... taaaaak, tak przypuszczam. raczej nie podejrzewam Cepaea nemoralis...Podać ci cykl rozwojowy?". Wszyscy faceci będą moi.
Ale i tak mimo wszystko priorytetem jest dla mnie matura. Naukę na kolokwia traktuję bardziej jako efekt uboczny nauki do matury. Z całkiem niezłym skutkiem ;P Nie ucząc się zbyt wiele, jedyną pizdę załapałam z informatyki, bo chyba do końca życia nie nauczę się obsługiwać Excela. Ups. Arkusza Kalkulacyjnego Open Office of kors.
Muszę chyba nauczyć się z tym żyć ;)))
Ale tak jak wspomiałam, najważniejsza jest matura. Moja silna motywacja nie słabnie wraz z upływem czasu, co biorę jako dobry znak.
Znak, że dokumentnie rozkurwię ten egzamin.
Przepraszam za nieco dosadne określenie, ale własnie takiego potrzebowałam. Potraktujmy je jako partykułę wzmacniającą.
ale teraz do rzeczy. strasznie mi głupio, że tak zapuściłam bloga. Naprawdę. Zwłaszcza, że udało mi się nawet któregoś razu zamieścić post o tym, jak to denerwuje, kiedy ktoś nie umieszcza żadnych postów.
Moje drugie imię to Hipokryzja.
I absolutnie nie mam zamiaru się tłumaczyć, bo każde tłumaczenie zawsze źle wygląda. Więc nie będę.
Ale tak czy inaczej minęły ponad 2 miesiące od czasu, gdy po raz ostatni nawiedziła mnie wena twórcza i chyba wypadałoby choć trochę to nadrobić.
To zacznę może od tego, że jeśli ktokolwiek i kiedykolwiek powie mi, że biologia to są łatwe i przyjemne studia to mu chyba wyjadę z bani. Zajechało trochę dresiarskim żargonem, ale to było zamierzone. Ile to razy zdarzyło mi się pokątnie usłyszeć, że co to tam taka BIOLOGIA. Otóż, proszę państwa, biologia to ekologia, sozologia, botanika, anatomia, fizjologia, genetyka, mikologia, algologia, lichenologia, zoologia (ze wszystkimi swoimi wewnętrznymi podziałami, a co!), biochemia, ewolucja, antropologia i jakiś pierdyliard innych dyscyplin, które trzeba w różnym stopniu ogarnąć.
A "Zoologia bezkręgówców, tom I" Błaszaka (bez stawonogów!!!) to zaledwie jakieś 1000 stron.
Więc zanim zdążycie powiedzieć, że biologia to pryszcz, przypomnijcie sobię tę notkę u Królowej Wszechrzeczy i zastanówcie się 5 razy.
Ale do rzeczy. Tym oto skromnym wstępem chciałam zaznaczyć, ze nie jest łatwo. Bo ja naprawdę myślałam, ze idę na lajtowe studia, że będę chodziła na uczelnię 2 razy w tygodniu i będę miała dużo czasu, żeby przygotowywać się do powtórki z rozrywki pod kryptonimem M&M, co w prostym przekładzie oznacza "MAJ I MATURA". Otóż nie. Jest zapierdol.
Inna sprawa dotyczy poziomu nauczania na UŁ, ale to jest wątek godzien rozwinięcia na jakieś pracy doktoranckiej z socjologii czy czegoś takiego.
Bo prawda jest brutalna. 3/4 ludzi na biologii to ludzie, którzy nigdy przedtem nie mieli styczności z prawdziwą nauką biologii. choćby dlatego, że są po Technikum Gastronomicznym w Pabianicach i na ten przykład nie wiedzą co to takiego fotosynteza. Bo uczono ich ucierania sosu tatarskiego, a nie takich pierdół.
Ja oczywiście nic nie mam przeciwko ludziom z gastronomika, wręcz przeciwnie. Ale uważam, że jeśli nie mają ku temu predyspozycji to nie powinni iść na studia, które zupełnie ich nie interesują. A idą, bo fajniej jest powiedzieć o sobie per "student" niż "obierający kartofle w restauracji". Bo faktem jest, że na biologię na UŁ dostawał się każdy. Nawet jeśli na maturze zdawał wos i historię tańca.
Nawet jeśli ich nie zdał, tak gwoli ścisłości.
Z resztą studentów Wydziału BiOŚ można podzielić na 3 zasadnicze grupy:
- ci, którzy naprawdę bardzo chcą zostać biologami i zbawiać świat swoimi odkryciami/ucząc dzieci w szkołach o ciągłości życia. Innymi słowy ludzie z powołaniem
- ci, którzy znaleźli się tam przez przypadek - były wolne miejsca, to przynieśli papiery i zostali. Prawdopodbnie nie przetrwają pierwszej sesji.
- ci, którzy nie dostali się na medycynę/stomatologię/farmację/psychologię - wbrew pozorom całkiem prężna grupa
I to jest dosyć smutne, bo po pierwszym roku odpada jakieś 80% składu.
No ale cóż.
Wielkimi krokami zbliża się zimowa sesja i trzeba by się spiąć i zacząć się uczyć. Na pierwszy ogień idą bezkręgi, potem botanika, anatomia a na koniec ekologia.
Dziwi mnie tylko, że na lekarskim mają w zimowej tylko JEDEN egzamin. Ale nie jest powiedziane, że muszę rozumieć wszystko, prawda?
Masakryczne będą bezkręgi, jeszcze nie wiem jakim cudem uda mi się to ogarnąć. Zwłaszcza, że miłym preludium będzie Rozbójnik = rozpoznawanie robali, opowiadanie o nich z pasją i oddaniem.
No i anatomia. To już będzie teksańska maskara. Rili.
Ale dajmy na przykład taką ekologię. W liceum miałam na nią poświęcone jakieś 4 godziny, a i tak myślałam, że to przesada.
Studia zmieniły mi cały światopogląd na temat ekologii. Zwłaszcza, że ekologia jest praktycznie równoznaczna z matmą, więc wiecie. Wymiękam.
Ale dam radę, no bez jaj.
Podobnie sytuacja z grzybami - w liceum 1 lekcja. Studia - 10 tygodni z mikologią. Ale przynajmniej znam całą systematykę grzyba, który obrasta szatnię basenu UMedu, łącznie z metodami rozmnażania i sposobem autoobrony :P
Więc w sumie nie ma tego złego, jako rzecze staropolskie przysłowie.
Na wiosennym pikniku będę mogła szpanować. "hmmm...moim zdaniem to Helix pomatia... taaaaak, tak przypuszczam. raczej nie podejrzewam Cepaea nemoralis...Podać ci cykl rozwojowy?". Wszyscy faceci będą moi.
Ale i tak mimo wszystko priorytetem jest dla mnie matura. Naukę na kolokwia traktuję bardziej jako efekt uboczny nauki do matury. Z całkiem niezłym skutkiem ;P Nie ucząc się zbyt wiele, jedyną pizdę załapałam z informatyki, bo chyba do końca życia nie nauczę się obsługiwać Excela. Ups. Arkusza Kalkulacyjnego Open Office of kors.
Muszę chyba nauczyć się z tym żyć ;)))
Ale tak jak wspomiałam, najważniejsza jest matura. Moja silna motywacja nie słabnie wraz z upływem czasu, co biorę jako dobry znak.
Znak, że dokumentnie rozkurwię ten egzamin.
Przepraszam za nieco dosadne określenie, ale własnie takiego potrzebowałam. Potraktujmy je jako partykułę wzmacniającą.
Etykiety:
bajolodży,
jestem kajakiem bo się kajam,
matura to bzdura
Subskrybuj:
Posty (Atom)