Strasznie ciężko mi się wraca do Zabrza po pobycie w domu. A niby jednym z głównych powodów, dla których chciałam studiować gdzieś poza miastem tkaczy, była wyprowadzka z domu. A teraz strasznie ciężko jest mi ze świadomością, że trzeba wziąć walizkę, torbę z żarciem i wsiąść w pociąg. To jest bardzo dziwne uczucie, bo nigdy nie miałam tak, żeby za domem TĘSKNIĆ. A teraz bardzo często łapię się na tym, ilu rzeczy mi tu w Zabrzu brakuje. Spacerów z psem, mojego brata, który budzi mnie o 4 rano, bo wraca z imprezy, nie wziął kluczy, a nie chce wkurwiać rodziców, pysznej kawy, a nie zwyczajowej zabrzańskiej siekiery...
Oj tam, dobra. Ile można narzekać, na miłość boską...
Sama nauka idzie mi jak krew z nosa.
Codziennie siedzę nad książkami, ale zupełnie, ZUPEŁNIE mnie to nie wciąga. Myślałam (a może ja po prostu za dużo myślę?), że jak człowiek idzie na studia i się uczy tego, co to niby chciał, to idzie łatwiej.
No więc są dwa rozwiązania tego problemu: ALBO całe powyższe twierdzenie jest nieprawdziwe, ALBO to ja się nie nadaję.
Ups, miał być koniec narzekania.
Bo widzicie, sama nie wiem. Mam tysiące myśli w głowie, jedna goni drugą, serce kłóci się z rozumem, zdrowy rozsądek stara się zwyciężyć nad spontanicznymi porywami...
Dobrze byłoby nie mieć żadnych wątpliwości. I zazdroszczę tym, którzy ich nie mają.
Albowiem odnoszę wrażenie, że obecnie jestem jedną wielką wątpliwością, jednym wielkim BIG DOUBT i zdecydowanie nie ułatwia mi to życia.
Gadam jak potłuczona. Dzisiejsza notka chyba nie przejdzie do historii jako wiekopomna, ale musicie mi wybaczyć. Odczuwam potrzebę pisania, to dlatego. A że nie ma o czym, to już insza inszość...
I uwierzcie, zaklinam na wszystkie świętości, ja naprawdę nie użalam się nad sobą BEZ PRZERWY. Po prostu czasem przychodzą takie chwile, kiedy użalanie się nad sobą i takie ogólne narzekanie zwyczajnie pomaga. Czasem jak przeczytam te pierdoły, które sama piszę, to zaczyna do mnie docierać w czym naprawdę tkwi problem. Może i tym razem się uda.
Teraz następuje ten moment, w którym powinnam usłyszeć "PIJ, NIE PIERDOL!".
oooooo tak, impreza to zdecydowanie coś, czego teraz bardzo potrzebuję. B A R D Z O. Trochę rzeczy do pozapominania się nazbierało.
środa, 2 listopada 2011
poniedziałek, 24 października 2011
and again, and again...
No więc jakby to powiedzieć. Strasznie mi głupio, że umieszczam te cholerne notki tak rzadko, ale jakby to ująć... TROCHĘ JEST ZAPIERDOL. A najgorsza w tym wszystkim jest świadomość, że łatwiej już nie będzie.
W chwili obecnej siedzę już w Zabrzu, albowiem ledwo co wróciłam z miasta tkaczy i powinnam się uczyć, ale naprawdę nie potrafię się zmusić. Dodatkowo demotywuje mnie wizja dzisiejszej siłowni, bo w sumie to po co się uczyć, skoro za 1,5 godziny i tak muszę wyjść...
Pouczę się jak wrócę, oj tam oj tam.
No i jeszcze jedna rzecz! Dlaczego nikt mi do ciężkiej cholery nie powiedział, że to co mówią o pierwszym roku to jednak PRAWDA?! Hmmm...?!
Ja naprawdę myślałam, że te ociekające krwią i potem opowieści o nauce anatomii są przesadzone. Chociaż trochę. No a wcale nie są.
Albo to ja jestem oślicą, co w sumie, jeśli spojrzeć na to z obiektywnej perspektywy, nie jest takie znowu niemożliwe!
W każdym razie anatomia zabiera mi większą część każdego dnia (a ściślej rzecz ujmując, to nocy) no i trochę mnie to przeraża, bo przecież z każdym tygodniem będzie gorzej. Dlatego staram się nie myśleć przesadnie naprzód, i skupiam się na tym, żeby przetrwać - od wtorku do piątku i od piątku do wtorku, od anatomii do anatomii.
Niech mi jakiś oświecony i doświadczony student wyższych lat doda nieco otuchy, bo wyczuwam w moim nastawieniu nutkę zrezygnowania. Póki co subtelną, ale jak tak dalej pójdzie, to podejrzewam, że z początkiem grudnia mogę dostać gwałtownej zapaści motywacji.
Inna rzecz, że jako osobie przesadnie uczuciowej i przywiązującej zbyt dużą wagę do zupełnie niepotrzebych odczuć, takich jak nostalgia albo szeroko pojęty sentymentalizm, pogoda za oknem nie ułatwia życia i także ma bezpośredni wpływ na mój depresyjny humor.
No może z tą depresją to dopuszczam się pewnej hiperbolizacji rzeczywistości, ale chyba wiecie, co mam na myśli.
No a teraz nastąpi zdanie, o które nigdy w życiu bym się nie podejrzewała.
Czasem jednak tęsknię za biologią.
Za kompletnie olewackim podejściem do zajęć, za to, że na tych studiach czułam się taka mądra (albowiem jedną z moich niezliczonych zalet jest oczywiście skromność), za to, że uczyłam się wyłącznie po to, żeby zaliczyć kolokwium, a potem zapomnieć wszystko w przeciągu tygodnia.
Naprawdę, niekiedy potwornie mi tego brakuje.
Ale jak to mówią, jak człowiek stoi w miejscu, to się cofa.
A ja jednak chcę iśc do przodu.
I chociaż jest ciężko, chociaż niekiedy dotkliwie doskwiera mi samotność i jest mi smutno (zabrzmiało jak zdanie z pamiętnika siedmiolatki, oh yeah!), chociaż mam wrażenie, że nigdy w życiu nie zdam anatomii, chociaż czasem poważnie zastanawiam się, co ja tutaj robię, to chyba muszę wytrzymać.
Kurde, w sumie dobrze, że mam tego bloga. Bo najgorzej jest nie mieć komu tego wszystkiego powiedzieć. Ja przynajmniej mogę napisać :)
p.s Jakby mi ktoś miesiąc temu powiedział, że moja norma 9 godzin snu na dobę, jest do przyjęcia, ale podzielona przez 3, to chyba bym nie uwierzyła :P
i właśnie to jest jedna z trzech najgorszych rzeczy w Zabrzu: anatomia, wiecznie niewyspanie i ZMYWANIE.
Przy czym to ostatnie jest gorsze niż 2 pozostałe razem wzięte.
W chwili obecnej siedzę już w Zabrzu, albowiem ledwo co wróciłam z miasta tkaczy i powinnam się uczyć, ale naprawdę nie potrafię się zmusić. Dodatkowo demotywuje mnie wizja dzisiejszej siłowni, bo w sumie to po co się uczyć, skoro za 1,5 godziny i tak muszę wyjść...
Pouczę się jak wrócę, oj tam oj tam.
No i jeszcze jedna rzecz! Dlaczego nikt mi do ciężkiej cholery nie powiedział, że to co mówią o pierwszym roku to jednak PRAWDA?! Hmmm...?!
Ja naprawdę myślałam, że te ociekające krwią i potem opowieści o nauce anatomii są przesadzone. Chociaż trochę. No a wcale nie są.
Albo to ja jestem oślicą, co w sumie, jeśli spojrzeć na to z obiektywnej perspektywy, nie jest takie znowu niemożliwe!
W każdym razie anatomia zabiera mi większą część każdego dnia (a ściślej rzecz ujmując, to nocy) no i trochę mnie to przeraża, bo przecież z każdym tygodniem będzie gorzej. Dlatego staram się nie myśleć przesadnie naprzód, i skupiam się na tym, żeby przetrwać - od wtorku do piątku i od piątku do wtorku, od anatomii do anatomii.
Niech mi jakiś oświecony i doświadczony student wyższych lat doda nieco otuchy, bo wyczuwam w moim nastawieniu nutkę zrezygnowania. Póki co subtelną, ale jak tak dalej pójdzie, to podejrzewam, że z początkiem grudnia mogę dostać gwałtownej zapaści motywacji.
Inna rzecz, że jako osobie przesadnie uczuciowej i przywiązującej zbyt dużą wagę do zupełnie niepotrzebych odczuć, takich jak nostalgia albo szeroko pojęty sentymentalizm, pogoda za oknem nie ułatwia życia i także ma bezpośredni wpływ na mój depresyjny humor.
No może z tą depresją to dopuszczam się pewnej hiperbolizacji rzeczywistości, ale chyba wiecie, co mam na myśli.
No a teraz nastąpi zdanie, o które nigdy w życiu bym się nie podejrzewała.
Czasem jednak tęsknię za biologią.
Za kompletnie olewackim podejściem do zajęć, za to, że na tych studiach czułam się taka mądra (albowiem jedną z moich niezliczonych zalet jest oczywiście skromność), za to, że uczyłam się wyłącznie po to, żeby zaliczyć kolokwium, a potem zapomnieć wszystko w przeciągu tygodnia.
Naprawdę, niekiedy potwornie mi tego brakuje.
Ale jak to mówią, jak człowiek stoi w miejscu, to się cofa.
A ja jednak chcę iśc do przodu.
I chociaż jest ciężko, chociaż niekiedy dotkliwie doskwiera mi samotność i jest mi smutno (zabrzmiało jak zdanie z pamiętnika siedmiolatki, oh yeah!), chociaż mam wrażenie, że nigdy w życiu nie zdam anatomii, chociaż czasem poważnie zastanawiam się, co ja tutaj robię, to chyba muszę wytrzymać.
Kurde, w sumie dobrze, że mam tego bloga. Bo najgorzej jest nie mieć komu tego wszystkiego powiedzieć. Ja przynajmniej mogę napisać :)
p.s Jakby mi ktoś miesiąc temu powiedział, że moja norma 9 godzin snu na dobę, jest do przyjęcia, ale podzielona przez 3, to chyba bym nie uwierzyła :P
i właśnie to jest jedna z trzech najgorszych rzeczy w Zabrzu: anatomia, wiecznie niewyspanie i ZMYWANIE.
Przy czym to ostatnie jest gorsze niż 2 pozostałe razem wzięte.
Etykiety:
mediczina,
retroperspektywa,
Śmieszny Uniwersytet Medyczny
poniedziałek, 3 października 2011
Z jak Zabrze
Długa nieobecność na serwerze blogspot.com została spowodowana niespodziewaną przeprowadzką autorki, za co wyżej wspomniana przeprasza i obiecuje poprawę. W miarę możliwości oczywiście.
***
Otóż spieszę donieść, że się PRZEPROWADZIŁAM DO ZABRZA. I że od półtorej godziny nawet mam internet, więc niczym wygłodniała hiena (ah te wymyśle metafory!) rzucam się na wszystko, od czego przez ostatni tydzien byłam brutalnie odcięta: począwszy od fejsbuka (szatańskie narzędzie), przez pudelka (tak, wstyd mi) aż po portal z serialami, gdzie W KOŃCU mogę obejrzeć pierwsze odcinki siódmego sezonu "How I met your mother". Innymi słowy, wracam do rzeczywistości.
I tylko trochę dziwnie się czuję, mając świadmość, że przynajmniej przez najbliższe, hmm, X czasu, to Zabrze będzie moją rzeczywistością.
Prawdziwe zajęcia dopiero od środy (chociaż to dyskusyjna kwestia, bo dla mnie przysposobienie biblioteczne NIGDY nie będzie poważnym PRZEDMIOTEM, ale wsród Śumowskiej gawiedzi chyba jestem osamotniona), więc póki co nie podzielę się z wami wrażeniami odnośnie STUDIOWANIA. Jednyne czym ewentualnie mogłabym się podzielić, to tysiące obaw, które łomoczą mi w głowie, ale to raczej jest takie średnio medialne. I nie przewiduję tego upubliczniać. W trosce o zdrowie psychiczne czytelników oczywiście. Bo moja wrodzona próżność byłaby mile połechtana, gdybym jednak zdecydowała się uskuteczniać autopsychoterapię w internecie. No ale trzeba nad nią zapanować.
Oprócz tego miasto na Z. nieco mnie towarzysko onieśmiela i póki co jeszcze nie zdecydowałam wybrać się na żadne integracyjne spotkanie. Co jest o tyle dziwne, że generalnie nie zdarza mi się doborowolnie rezygnować z imprez. Ale póki co chyba nieco bardziej muszę się zintegrować z szeroko pojętym Zabrzem, potem zajmę się ogarnianiem ludzi, którzy zdecydowali, podobnie jak ja, studiować właśnie TU.
W każdym razie Śląsk mi się podoba. Są pewne rzeczy, które cudownie mnie zaskoczyły, choćby to, że tutaj wszyscy są tak straszliwie MILI.
Albo to Łódż jest miastem gburów, co w sumie nie jest takie znowu nieprawdopodobne.
Są rzeczy, których muszę się jeszcze nauczyć, choćby poruszanie się komunikacją miejską, bo jak poprosiłam o bilet na pół godziny (bo w mieście tkaczy, z ktorego pochodzę, bilety są CZASOWE), pani bardzo uprzejmie, aczkolwiek ze wzrokiem sugerującym, że chyba nie wzięłam porannej dawki leków, spytała: NA JEDNĄ GMINĘ, TAK?
No więc powiedziałam, że chyba tak. Bo dopiero później się dowiedziałam, że tutaj cena biletu uzależniona jest od ilości miast, przez które dany środek transportu przejeżdża. Bardzo sprytne.
No i jak można nie wiedzieć co to jest KRAŃCÓWKA? Albo MIGAWKA? Pytam się pana, którędy dojść na krańcówkę, to mina "chyba spadła pani z księżyca, królewno" wyraziła wszystko.
Czuję, że przede mną znacznie więcej nauki, niż tylko anatomia.
***
Otóż spieszę donieść, że się PRZEPROWADZIŁAM DO ZABRZA. I że od półtorej godziny nawet mam internet, więc niczym wygłodniała hiena (ah te wymyśle metafory!) rzucam się na wszystko, od czego przez ostatni tydzien byłam brutalnie odcięta: począwszy od fejsbuka (szatańskie narzędzie), przez pudelka (tak, wstyd mi) aż po portal z serialami, gdzie W KOŃCU mogę obejrzeć pierwsze odcinki siódmego sezonu "How I met your mother". Innymi słowy, wracam do rzeczywistości.
I tylko trochę dziwnie się czuję, mając świadmość, że przynajmniej przez najbliższe, hmm, X czasu, to Zabrze będzie moją rzeczywistością.
Prawdziwe zajęcia dopiero od środy (chociaż to dyskusyjna kwestia, bo dla mnie przysposobienie biblioteczne NIGDY nie będzie poważnym PRZEDMIOTEM, ale wsród Śumowskiej gawiedzi chyba jestem osamotniona), więc póki co nie podzielę się z wami wrażeniami odnośnie STUDIOWANIA. Jednyne czym ewentualnie mogłabym się podzielić, to tysiące obaw, które łomoczą mi w głowie, ale to raczej jest takie średnio medialne. I nie przewiduję tego upubliczniać. W trosce o zdrowie psychiczne czytelników oczywiście. Bo moja wrodzona próżność byłaby mile połechtana, gdybym jednak zdecydowała się uskuteczniać autopsychoterapię w internecie. No ale trzeba nad nią zapanować.
Oprócz tego miasto na Z. nieco mnie towarzysko onieśmiela i póki co jeszcze nie zdecydowałam wybrać się na żadne integracyjne spotkanie. Co jest o tyle dziwne, że generalnie nie zdarza mi się doborowolnie rezygnować z imprez. Ale póki co chyba nieco bardziej muszę się zintegrować z szeroko pojętym Zabrzem, potem zajmę się ogarnianiem ludzi, którzy zdecydowali, podobnie jak ja, studiować właśnie TU.
W każdym razie Śląsk mi się podoba. Są pewne rzeczy, które cudownie mnie zaskoczyły, choćby to, że tutaj wszyscy są tak straszliwie MILI.
Albo to Łódż jest miastem gburów, co w sumie nie jest takie znowu nieprawdopodobne.
Są rzeczy, których muszę się jeszcze nauczyć, choćby poruszanie się komunikacją miejską, bo jak poprosiłam o bilet na pół godziny (bo w mieście tkaczy, z ktorego pochodzę, bilety są CZASOWE), pani bardzo uprzejmie, aczkolwiek ze wzrokiem sugerującym, że chyba nie wzięłam porannej dawki leków, spytała: NA JEDNĄ GMINĘ, TAK?
No więc powiedziałam, że chyba tak. Bo dopiero później się dowiedziałam, że tutaj cena biletu uzależniona jest od ilości miast, przez które dany środek transportu przejeżdża. Bardzo sprytne.
No i jak można nie wiedzieć co to jest KRAŃCÓWKA? Albo MIGAWKA? Pytam się pana, którędy dojść na krańcówkę, to mina "chyba spadła pani z księżyca, królewno" wyraziła wszystko.
Czuję, że przede mną znacznie więcej nauki, niż tylko anatomia.
poniedziałek, 19 września 2011
i think to much
Zupełnie nie mam weny do pisania. Wierzcie mi lub nie, ale kiedy nie mam na co sobie ponarzekać, to aż nie chce mi się siadać do komputera.
Może zacznę od tego, że staram się ogarnąć Zabrze, ale idzie mi, hmm... raczej średnio. To pewnie kwestia tego, że jeszcze nigdy w życiu nie spotkała mnie przeprowadzka, a tu proszę, od razu na głęboką wodę. I mówiąc szczerze średnio się w tym odnajduję. Jako że jestem osobą, która po Polsce podróżowała mało (nad czym ubolewam), o Śląsku miałam zawsze mocno stereotypowe wyobrażenie: dymy, kominy&kopalń ruiny. I tu następuje moment mojego wielkiego pozytywnego zaskoczenia, bo wszechogarniająca zieleń jest cudowna. Samo miasto jest dla mnie... dziwne. To nie ma ani pozytywnego ani negatywnego wydźwięku. Po prostu jest dziwne. Ale mam nadzieję, że powoli zacznę je oswajać.
Mieszkanie już załatwione, czyli nie skończę pod mostem (czy w Zabrzu są mosty...?). Przy czym jest jeden śląski aspekt, którego nie ogarnę chyba do samej śmierci. KZK GOP. Ogrom, ilość i skomplikowanie śląsko-zagłębiowskiej komunikacji będzie mi się śnił po nocach. Mam tylko nadzieję, że uda mi się dostać raz na jakiś czas z Zabrza do Katowic, bo stamtąd mam pociąg do domu.
Aaaaaa, i przerażają mnie ludzie na forum, którzy juz teraz licytują się, kto od kogo ma więcej skryptów i o ile więcej stron przeczytał. Albo ja jestem nieogarnięta, albo oni mają paranoję. I w sumie nie wiem, co jest gorsze.
W każdym razie mam nadzieję, że jakoś będzie. I że wszystko się jakoś pomyślnie ułoży.
Póki co, uskuteczniam misję oswajania. Najpierw z Zabrzem samym w sobie, później z szeroko pojętą nauką na ŚUMie.
No i byle do przodu.
Może zacznę od tego, że staram się ogarnąć Zabrze, ale idzie mi, hmm... raczej średnio. To pewnie kwestia tego, że jeszcze nigdy w życiu nie spotkała mnie przeprowadzka, a tu proszę, od razu na głęboką wodę. I mówiąc szczerze średnio się w tym odnajduję. Jako że jestem osobą, która po Polsce podróżowała mało (nad czym ubolewam), o Śląsku miałam zawsze mocno stereotypowe wyobrażenie: dymy, kominy&kopalń ruiny. I tu następuje moment mojego wielkiego pozytywnego zaskoczenia, bo wszechogarniająca zieleń jest cudowna. Samo miasto jest dla mnie... dziwne. To nie ma ani pozytywnego ani negatywnego wydźwięku. Po prostu jest dziwne. Ale mam nadzieję, że powoli zacznę je oswajać.
Mieszkanie już załatwione, czyli nie skończę pod mostem (czy w Zabrzu są mosty...?). Przy czym jest jeden śląski aspekt, którego nie ogarnę chyba do samej śmierci. KZK GOP. Ogrom, ilość i skomplikowanie śląsko-zagłębiowskiej komunikacji będzie mi się śnił po nocach. Mam tylko nadzieję, że uda mi się dostać raz na jakiś czas z Zabrza do Katowic, bo stamtąd mam pociąg do domu.
Aaaaaa, i przerażają mnie ludzie na forum, którzy juz teraz licytują się, kto od kogo ma więcej skryptów i o ile więcej stron przeczytał. Albo ja jestem nieogarnięta, albo oni mają paranoję. I w sumie nie wiem, co jest gorsze.
W każdym razie mam nadzieję, że jakoś będzie. I że wszystko się jakoś pomyślnie ułoży.
Póki co, uskuteczniam misję oswajania. Najpierw z Zabrzem samym w sobie, później z szeroko pojętą nauką na ŚUMie.
No i byle do przodu.
wtorek, 6 września 2011
Odpukać w niemalowane!
Jak pewnie zdążyliście zauważyć, od pewnego czasu na blogu nie było ani słowa o medycynie, o studiach w ogóle, o maturze etc.
A istniał ku temu istotny powód.
Mianowicie wsród szeregu moich niewątpliwych zalet i niezliczonych wad istotne miejsce gdzieś pośrodku zajmuje PRZESĄDNOŚĆ. Nie wiem, czy takie słowo w ogóle istnieje w polskim języku, w każdym razie chodzi mi o to, że wierzę w przesądy. Nie we wszystkie, ale są takie, w które wierzę bezgranicznie. Na przykład w zapeszanie.
No więc nie chciałam zapeszać.
I chyba zadziałało, bo dzisiaj z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że...
JESTEM STUDETKĄ MEDYCYNY :)
Śląski UMed, wydział w Zabrzu. Nie mam pojęcia o tym mieście, nie mam pojęcia o tym, jak wygląda tamtejsze studiowanie, nawet nie wiem, jak wygląda przeprowadzka, bo jeszcze nigdy w życiu takie doświadczenie mnie wcześniej nie spotkało...
Mam wrażenie, że teraz jestem przysłowiowym dzieckiem we mgle, ale muszę przyzać, że jest to dziecko z wielkim uśmiechem na twarzy :)
A więc teraz alleluja i do przodu. Najważniejszy cel osiągnięty :)
A istniał ku temu istotny powód.
Mianowicie wsród szeregu moich niewątpliwych zalet i niezliczonych wad istotne miejsce gdzieś pośrodku zajmuje PRZESĄDNOŚĆ. Nie wiem, czy takie słowo w ogóle istnieje w polskim języku, w każdym razie chodzi mi o to, że wierzę w przesądy. Nie we wszystkie, ale są takie, w które wierzę bezgranicznie. Na przykład w zapeszanie.
No więc nie chciałam zapeszać.
I chyba zadziałało, bo dzisiaj z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że...
JESTEM STUDETKĄ MEDYCYNY :)
Śląski UMed, wydział w Zabrzu. Nie mam pojęcia o tym mieście, nie mam pojęcia o tym, jak wygląda tamtejsze studiowanie, nawet nie wiem, jak wygląda przeprowadzka, bo jeszcze nigdy w życiu takie doświadczenie mnie wcześniej nie spotkało...
Mam wrażenie, że teraz jestem przysłowiowym dzieckiem we mgle, ale muszę przyzać, że jest to dziecko z wielkim uśmiechem na twarzy :)
A więc teraz alleluja i do przodu. Najważniejszy cel osiągnięty :)
środa, 31 sierpnia 2011
ja mam dwadzieścia lat, ty masz dwadzieścia lat...
No to w końcu nadeszła pora skończyć z byciem wiecznym pajacem, a zacząć żyć tak, jak pan bóg przykazał. W końcu wiek dojrzały do czegoś zobowiązuje.
Koniec imprez, koniec alkoholu i papierosów, koniec wychodzenia o północy z domu, koniec urządzania domowych koncertów, kiedy nikogo nie ma w domu, koniec głupich żartów ze znajomymi, koniec browarka w plenerze, koniec myślenia tylko o tym co tu i teraz, koniec z luźnymi związkami, koniec słuchania muzyki na pełen regulator, koniec nocnych, niekończących się rozmów przez telefon...
A dupa, bo wcale nie. Bo dopiero początek!
Bo kończąc z dniem dzisiejszym szlachetne dwadzieścia lat, zobowiązuję się do jeszcze aktywniejszego korzystania z życia niż do tej pory. Starość nie radość, jak to mówią, ale to tylko mobilizuje do czerpania z życia pełnymi garściami, co niniejszym zobowiązuje się czynić ;)
Cudownie jest kończyć 20 lat! ;)
Koniec imprez, koniec alkoholu i papierosów, koniec wychodzenia o północy z domu, koniec urządzania domowych koncertów, kiedy nikogo nie ma w domu, koniec głupich żartów ze znajomymi, koniec browarka w plenerze, koniec myślenia tylko o tym co tu i teraz, koniec z luźnymi związkami, koniec słuchania muzyki na pełen regulator, koniec nocnych, niekończących się rozmów przez telefon...
A dupa, bo wcale nie. Bo dopiero początek!
Bo kończąc z dniem dzisiejszym szlachetne dwadzieścia lat, zobowiązuję się do jeszcze aktywniejszego korzystania z życia niż do tej pory. Starość nie radość, jak to mówią, ale to tylko mobilizuje do czerpania z życia pełnymi garściami, co niniejszym zobowiązuje się czynić ;)
Cudownie jest kończyć 20 lat! ;)
środa, 24 sierpnia 2011
ms. brightside vel ms. sarcasm
Czasem szczerze się zastanawiam, dlaczego tak jest, że gdy uda się jedna rzecz, to następna się spierdoli. Dlaczego kiedy wszystko w końcu zaczyna się układać tak, jak tego chciałam, to nagle w moje popaprane i tak już w dostatecznym stopniu życie musi wpieprzyć się z butami jakiś facet, po którym po chwili zostaje już tylko błoto, którego jedynym zadaniem jest mi bez przerwy przypominać, że przez krótką nanosekundę życia byłam naprawdę szczęśliwa, a teraz przez następne długie miesiące już nie będę. Bo to metaforyczne błoto ni cholery nie chce się niczym zmyć.
Mam wrażenie, że byłabym wdzięcznym materiałem dla twórców poradników. Już widzę te tytuły, wielkie plakaty i akcje promocyjne w Empiku. "Co zrobić, kiedy los staje się podły: historia prawdziwa". "Jak pozbierać się po wakacyjnym rozczarowaniu". "Skleić złamane: 10 porad jak porażkę przekuć w sukces". "Poczet nieudaczników dekady: nieznane fakty z życia Królowej Wszechrzeczy".
Dobra, koniec z użalaniem.
Idę po piwo.
W końcu nic tak dobrze nie wpływa na samopoczucie, jak samotny wieczór z butelką Millera i głową pełną wspomnień. I urojeń. I pytań z cyklu "A co by było, gdyby...?".
Zazdroszczę tym, którzy nie muszą zadawać sobie tego cholernego pytania.
Mam wrażenie, że byłabym wdzięcznym materiałem dla twórców poradników. Już widzę te tytuły, wielkie plakaty i akcje promocyjne w Empiku. "Co zrobić, kiedy los staje się podły: historia prawdziwa". "Jak pozbierać się po wakacyjnym rozczarowaniu". "Skleić złamane: 10 porad jak porażkę przekuć w sukces". "Poczet nieudaczników dekady: nieznane fakty z życia Królowej Wszechrzeczy".
Dobra, koniec z użalaniem.
Idę po piwo.
W końcu nic tak dobrze nie wpływa na samopoczucie, jak samotny wieczór z butelką Millera i głową pełną wspomnień. I urojeń. I pytań z cyklu "A co by było, gdyby...?".
Zazdroszczę tym, którzy nie muszą zadawać sobie tego cholernego pytania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
