Kocham wyjeżdżać. Uwielbiam pakować plecak, dorzucać kolejne rzeczy, bo a nuż się zdadzą, a potem na nim siadać, żeby dopięły się wszystkie sprzączki. Kocham siedzieć na lotniskach, na dworcach (no, w granicach rozsądku oczywiście!)i przystankach, kocham spać po 2 godziny, kiedy wiem, że trzeba wstać rano i pozwiedzać, a jednocześnie mam w perspektywie "city by night". Nieziemską przyjemność sprawia mi ekstremalne zmęczenie po 18 godzinach łażenie po nowopoznawanym mieście.
Ale i tak najgenialniejszym uczuciem jest to, kiedy wracam do domu.
I tak się stało. Zakończyłam moją tegoroczną skandynawską przygodę, dodatkowo rozszerzoną o pewne miejsce w kraju nad Wisłą, do którego wracam co roku i nie wyobrażam sobie wakacji bez spędzenia tam choćby kilku dni. I jak zwykle było fantastycznie. Mogłabym nawet powiedzieć, że lepiej niż kiedykolwiek przedtem, ale chyba jednak nie przejdzie mi to przez gardło.
Cudownym aspektem wakacyjnych (nie tylko wakacyjnych rzecz jasna, ale wakacje doskonale do tego usposabiają) wyjazdów jest możliwość poznawania nowych, rewelacyjnych ludzi. Tylko, jak to mówi moja mama, która jest dla mnie oazą zdrowego rozsądku i trzeźwej oceny sytuacji, "dobrze jak nie za dobrze".
I chcę powiedzieć tylko jedną rzecz. Mama znowu miała rację.
Sto razy bardziej wolałabym wrócić do domu ze wspomnieniami dotyczącymi ledwo co poznanych przyjaciół, niż z mętlikiem, który już na dobre rozgościł się zarówno w mojej głowie, jak i w sercu. Z jakimś dziwnym uczuciem, które najpierw daje nadzieję, a potem gwałtownie ją zabiera i zostawia tylko chłodny rozsądek.
Nie wiem, czy nie wolałabym tych dwóch euforycznych dni zamienić na kilka zwyczajnych wakacyjnych wspomnień, które zamknęłabym w pudełku ze zdjęciami.
A tymczasem mogę tylko zwrócić się do tych, którzy w życiu kierują się logiką, a nie spontanicznymi porywami serca: MACIE KURWA RACJĘ.
Bo chyba nie ma nic gorszego, niż wrócić do domu i kompletnie nie wiedzieć na czym się stoi. Ze świadomością, że najprawdopodbniej i tak go już nigdy nie spotkam.
Chrystusie. Ale się rozrzewniłam. A obiecałam sobie, że na blogu ani słowa na temat facetów. Chyba znowu coś mi nie wyszło.
niedziela, 14 sierpnia 2011
Home, sweet home.
Etykiety:
autobiografia,
gorzkie żale,
kanikuła,
retroperspektywa,
samce,
voyage voyage
środa, 3 sierpnia 2011
Kryptonim: Kopenhaga & S-ka
Moja chwilowa obecność w cyberprzestrzeni jest sponsorowana przez Arlanda Airport w Sztokholmie, jako że można tu w cywilizowany, bezpłatny sposób skorzystać z komputera. Więc pojawiam się na sekund pięć, ażeby móc wytłumaczyć mój blogowy niebyt.
Tak się przyjemnie złożyło, że od tygodnia uczestniczę w baaardzo spontanicznym, ograniczonym do Skandynawii, eurotripie. Póki co Helsinki i Sztokholm można uznać za ZALICZONE, przed nami Oslo i Kopenhaga.
Nie wiem, czy gdzieś jeszcze uda mi się dorwać darmowy komputer z dostępem do internetu, ale, choć nadzieja matką głupich, łudzę się, że tak. W końcu w Skandynawii to co dla nas jest luksusem, dla nich jest codziennością. Jeśli się uda, to postaram się może nieco napisać. Ale będąc szczerą, muszę przyznać, że mam o moich czytelnikach dosyć duże mniemanie i chyba oszczędzę wam jednak wątpliwej przyjemności czytania historyjek o kupowaniu szczoteczki do zębów (fiń: hammsharja) czy jedzeniu śledzi na okrągło...
Mniejsza z tym.
Dzisiejsza notka ma na celu zaznaczenie, że nie wpadłam pod ciągnik rolniczy, że nadal żyję i mam się dobrze.
Mam nadzieję, że wasze wakacje również upływają pod znakiem odpoczynku, aktywnego bądź też pasywnego. I że zaprzątacie sobie głowy wyłącznie przyjemnymi rzeczami :)
To chyba tyle z mojej strony.
Kończę, bo zaraz szlag mnie trafi, gdyż całe menu na tym komputerze jest PO SZWEDZKU. I trochę mnie to deprymuje.
Adjö!
Tak się przyjemnie złożyło, że od tygodnia uczestniczę w baaardzo spontanicznym, ograniczonym do Skandynawii, eurotripie. Póki co Helsinki i Sztokholm można uznać za ZALICZONE, przed nami Oslo i Kopenhaga.
Nie wiem, czy gdzieś jeszcze uda mi się dorwać darmowy komputer z dostępem do internetu, ale, choć nadzieja matką głupich, łudzę się, że tak. W końcu w Skandynawii to co dla nas jest luksusem, dla nich jest codziennością. Jeśli się uda, to postaram się może nieco napisać. Ale będąc szczerą, muszę przyznać, że mam o moich czytelnikach dosyć duże mniemanie i chyba oszczędzę wam jednak wątpliwej przyjemności czytania historyjek o kupowaniu szczoteczki do zębów (fiń: hammsharja) czy jedzeniu śledzi na okrągło...
Mniejsza z tym.
Dzisiejsza notka ma na celu zaznaczenie, że nie wpadłam pod ciągnik rolniczy, że nadal żyję i mam się dobrze.
Mam nadzieję, że wasze wakacje również upływają pod znakiem odpoczynku, aktywnego bądź też pasywnego. I że zaprzątacie sobie głowy wyłącznie przyjemnymi rzeczami :)
To chyba tyle z mojej strony.
Kończę, bo zaraz szlag mnie trafi, gdyż całe menu na tym komputerze jest PO SZWEDZKU. I trochę mnie to deprymuje.
Adjö!
czwartek, 21 lipca 2011
oh, beautiful town
Dzisiejsza notka sponsorowana jest przez mój lokalny patriotyzm. Można się śmiać, można się dziwić, można się pukać w czoło, ale absolutnie się nie wstydzę, mało tego - jestem zajebiście dumna z tego, że kocham moje rodzinne miasto. A że ostatnio usłyszałam, że Łódź jest szara, brudna i brzydka, poczułam się w obowiązku, żeby nieco naprostować tę krzywdzącą opinię, jaka wokół tego miasta magicznie krąży, jak jakiś, za przeproszeniem, wygłodniały, wyliniały sęp.
Więc proszę się mentalnie przygotować.
Rzeczywiście, Łódź to nie Kraków, to nie Warszawa, nie Wrocław, którym uroku faktycznie nie można odmówić. Łódź jest piękna, ale w taki kompletnie odmienny, zupełnie nieoczywisty sposób. Kiedyś usłyszałam, że jest to miasto dla koneserów. I muszę się z tym w pełni zgodzić, bo choć na mnie urok Łodzi działa, i to w olbrzymim stopniu, zdaję sobie sprawę, że większość ludzi ocenia miasto w kategorii ładne/nieładne, nowoczesne/zapuszczone itd. Mało komu chce się spojrzeć głębiej, odrzucić wierzchnią warstwę uprzedzenia i odkryć piękno, jakie kryje się w czymś pozornie brzydkim i zaniedbanym. Mam wrażenie, że Łódź działa na tych, którzy potrafią na pewne rzeczy spojrzeć z innej perspektywy niż większość ludzi. Oczywiście, że Kraków jest piękny. Cudowna starówka, wyremontowane kamienice, ten specyficzny krakowski splean unoszący się ponad brukowanymi ulicami... Jest piękny w zupełnie oczywisty, naturalny sposób. Posiada estetykę, która większości ludzi odpowiada, bo jest wypieszczony i wypielęgnowany, jak domek w Simsach.
W Łodzi tego nie ma.
Za to co i rusz napotyka się na coś, co zadziwia. Łódź to miasto kontrastów i to od początku swojego istnienia. Nie chcę się wdawać w szczegóły hisotryczne i udawać, że jestem "Przewodnikiem Gazety Wyborczej po regionie łódzkim", ale odkąd Łódź stała się potężnym ośrodkiem miejskim, co miało miejsce w XIX wieku, podczas wielkiej rewolucji przemysłowej, stała się też miejscem nieustannego kontrastowania. Kiedyś objawiało się to tym, że wychodząc z pałacu, który wprost ociekał złotem, wchodziło się prosto na teren fabryki, gdzie tysiące niewykształconych, biednych włókienników tkało i doglądało tkackich maszyn. Oprócz tego Łódź to miasto 4 kultur - aż do rozpoczęcia wojny, w symbiozie żyli Polacy, Rosjanie, Żydzi i Niemcy, skrajnie różni, a jednak umiejący się dogadać przedstawiciele czterech różnych narodowości. Echo tego pobrzmiewa na łódzkich podwórkach po dziś dzień.
Teraz te kontrasty także widać. Nowoczesność przenika się z secesją, relikty PRL przenikają się z teraźniejszością, brzydota przenika się z pięknem, zaniedbanie z przesadnym wypielęgnowaniem...
Łódź jest jak kobieta nie z naszej epoki. Trochę dekadencka, trochę melancholijna... Z wierzchu szara i smutna, w środku tętni życiem.
I dla mnie jest najpiękniejszym miastem świata.
Na dowód chciałam wam pokazać kilka zdjęć, które, mam nadzieję, przekonają i was do tej opinii; nie chcę pokazywać najbardziej znanych miejsc, które można zobaczyć w każdym przewodniku. Manufaktura czy Księży Młyn są jedyne w swoim rodzaju, ale to te dużo mniejsze rzeczy stanowią o tym szczególnym klimacie ;)
Jeśli ktoś by się mnie spytał, o pierwsze skojarzenie, jakie przychodzi mi na myśl, gdy mówię o Łodzi, bez wahania odpowiem "bramy". Bramy to centrum życia. Dlatego, jeśli ktoś przyjeżdża do miasta po raz pierwszy, potrzebuje przewodnika, który go w te bramy wprowadzi, inaczej nie pozna się prawdziwej Łodzi.
Wnętrze pewnej łodzkiej fabryki, ale podobnych są dziesiątki. Obecnie odbywają się tam pokazy w ramach łodzkiego Fashion Week.
Przykład autentycznego komunistycznego absurdu. Wierzcie lub nie, ale ten blok (tzw. "plomba"), znajduje się między dwiema cudownymi secesyjnymi kamienicami. Ale klasa robotnicza musiała mieć gdzie mieszkać.
Łódź Fabryczna. Straszy wszystkich podróżnych, ale bez tego dworca to już nie będzie to samo.
Poniższe zdjęcia z cyklu "Magiczna" + mała adnotacja: praktycznie wszystko, co znajduje się na zdjęciach, mieści się w samym centrum Łodzi:
Zdjęcia bloku przy Narutowicza oraz Dworca Fabrycznego pochodzą z bloga Oliwii, genialnej łódzkiej fashion-blogerki: http://www.oliwiora.blogspot.com
Natomiast wszystkie pozostałe fotografie są dziełem Maćka z http://www.snakeeyes.blox.pl
Więc proszę się mentalnie przygotować.
Rzeczywiście, Łódź to nie Kraków, to nie Warszawa, nie Wrocław, którym uroku faktycznie nie można odmówić. Łódź jest piękna, ale w taki kompletnie odmienny, zupełnie nieoczywisty sposób. Kiedyś usłyszałam, że jest to miasto dla koneserów. I muszę się z tym w pełni zgodzić, bo choć na mnie urok Łodzi działa, i to w olbrzymim stopniu, zdaję sobie sprawę, że większość ludzi ocenia miasto w kategorii ładne/nieładne, nowoczesne/zapuszczone itd. Mało komu chce się spojrzeć głębiej, odrzucić wierzchnią warstwę uprzedzenia i odkryć piękno, jakie kryje się w czymś pozornie brzydkim i zaniedbanym. Mam wrażenie, że Łódź działa na tych, którzy potrafią na pewne rzeczy spojrzeć z innej perspektywy niż większość ludzi. Oczywiście, że Kraków jest piękny. Cudowna starówka, wyremontowane kamienice, ten specyficzny krakowski splean unoszący się ponad brukowanymi ulicami... Jest piękny w zupełnie oczywisty, naturalny sposób. Posiada estetykę, która większości ludzi odpowiada, bo jest wypieszczony i wypielęgnowany, jak domek w Simsach.
W Łodzi tego nie ma.
Za to co i rusz napotyka się na coś, co zadziwia. Łódź to miasto kontrastów i to od początku swojego istnienia. Nie chcę się wdawać w szczegóły hisotryczne i udawać, że jestem "Przewodnikiem Gazety Wyborczej po regionie łódzkim", ale odkąd Łódź stała się potężnym ośrodkiem miejskim, co miało miejsce w XIX wieku, podczas wielkiej rewolucji przemysłowej, stała się też miejscem nieustannego kontrastowania. Kiedyś objawiało się to tym, że wychodząc z pałacu, który wprost ociekał złotem, wchodziło się prosto na teren fabryki, gdzie tysiące niewykształconych, biednych włókienników tkało i doglądało tkackich maszyn. Oprócz tego Łódź to miasto 4 kultur - aż do rozpoczęcia wojny, w symbiozie żyli Polacy, Rosjanie, Żydzi i Niemcy, skrajnie różni, a jednak umiejący się dogadać przedstawiciele czterech różnych narodowości. Echo tego pobrzmiewa na łódzkich podwórkach po dziś dzień.
Teraz te kontrasty także widać. Nowoczesność przenika się z secesją, relikty PRL przenikają się z teraźniejszością, brzydota przenika się z pięknem, zaniedbanie z przesadnym wypielęgnowaniem...
Łódź jest jak kobieta nie z naszej epoki. Trochę dekadencka, trochę melancholijna... Z wierzchu szara i smutna, w środku tętni życiem.
I dla mnie jest najpiękniejszym miastem świata.
Na dowód chciałam wam pokazać kilka zdjęć, które, mam nadzieję, przekonają i was do tej opinii; nie chcę pokazywać najbardziej znanych miejsc, które można zobaczyć w każdym przewodniku. Manufaktura czy Księży Młyn są jedyne w swoim rodzaju, ale to te dużo mniejsze rzeczy stanowią o tym szczególnym klimacie ;)
Jeśli ktoś by się mnie spytał, o pierwsze skojarzenie, jakie przychodzi mi na myśl, gdy mówię o Łodzi, bez wahania odpowiem "bramy". Bramy to centrum życia. Dlatego, jeśli ktoś przyjeżdża do miasta po raz pierwszy, potrzebuje przewodnika, który go w te bramy wprowadzi, inaczej nie pozna się prawdziwej Łodzi.
Wnętrze pewnej łodzkiej fabryki, ale podobnych są dziesiątki. Obecnie odbywają się tam pokazy w ramach łodzkiego Fashion Week.
Przykład autentycznego komunistycznego absurdu. Wierzcie lub nie, ale ten blok (tzw. "plomba"), znajduje się między dwiema cudownymi secesyjnymi kamienicami. Ale klasa robotnicza musiała mieć gdzie mieszkać.
Łódź Fabryczna. Straszy wszystkich podróżnych, ale bez tego dworca to już nie będzie to samo.
Poniższe zdjęcia z cyklu "Magiczna" + mała adnotacja: praktycznie wszystko, co znajduje się na zdjęciach, mieści się w samym centrum Łodzi:
Zdjęcia bloku przy Narutowicza oraz Dworca Fabrycznego pochodzą z bloga Oliwii, genialnej łódzkiej fashion-blogerki: http://www.oliwiora.blogspot.com
Natomiast wszystkie pozostałe fotografie są dziełem Maćka z http://www.snakeeyes.blox.pl
poniedziałek, 11 lipca 2011
meine Damen und Herren - DER JAHRESTAG
Muszę szczerze przyznać, że nie spodziewałam się, że tyle wytrzymam. Raczej myślałam, że mi się znudzi, że nie będzie mi się chciało, że w końcu nie znajdę czasu... A tu proszę.
Właśnie mija rok, okręgłe 365 dni, od pierwszego wpisu, od dnia, w którym na potrzeby blogosfery stałam się Królową Wszechrzeczy.
Przyznaję, w zeszłym roku o tej porze targnął mną implus i potrzeba wylania z siebie potężnej objętości goryczy. Dopiero jakiś czas później doszłam do wniosku, że fajnie jest mieć maleńki kawałek w sieci wyłącznie dla siebie, mieć miejsce, gdzie w końcu, bezkarnie, mogę uprawiać niecenzuralne gorzkie żale.
I to jest niezaprzeczalna zaleta posiadania bloga.
W tym miejscu nie mogłabym nie wspomnieć o ludziach, którzy czytają to, co uroi się w mojej rudej głowie. Muszę przyznać, że zajebiście mnie to wzrusza, kiedy ktoś między facebookiem a kwejkiem zdecyduje się wejść na "Królową...", a czasem jeszcze zostawić po sobie ślad w postaci komentarza. Autentycznie mnie to wzrusza.
Więc niniejszym z całego serca chciałabym podziękować każdemu, kto się na to zdecydował. Wiedzcie, że gdy bloger mówi (pisze, kurwa, PISZE), że blog jest tylko dla niego i blablabla, to kłamie, łże i kręci. Bo gdyby rzeczywiście tak było, to by sobie poszedł do papierniczego, kupił zeszyt w pięciolinię i pisał codziennie "Drogi pamiętniczku".
Decydując się na bloga, decydujemy się na to, że będziemy czytani (być może z rzadka, ale jednak) i oceniani.
Ale wracając do rzeczy. Wasze komentarze motywują mnie do działania, pomagają mi spojrzeć na pewne rzeczy z zupełnie innej perspektywy. Kto nie ma bloga, nie może sobie wyobrazić uczucia, jakie mną wstrząsa, gdy widzę pod notką, że ktoś zdecydował się wyrazić opinię na jej temat ;)
Tak więc jeszcze raz dziękuję.
Tymczasem ja w poprzedniej notce zadeklarowałam zawieszenie mojej grafomańskiej kariery. I przyznaję, że zrobiłam to chyba nazbyt pochopnie, bo byłoby mi bardzo ciężko już na zawsze rozstać się z tym swoistym katharsis, które towarzyszy mi zawsze wtedy, kiedy uda mi się spłodzić notkę wyjątkowo bogatą w słowa powszechnie uważane za niecenzuralne.
A to, czy uda mi się w tym roku dostać na studia, czy nie, to chyba, jeśli chodzi o bloga, nie jest takie znowu pierwszorzędne. Blogów prowadzonych przez studentów medycyny w sieci jest dużo (co ja osobiście sobie cenię, bo ich czytanie jest dla mnie rozrywką w długie letnie wieczory, gdy pachnie jaśmin, a niebem wstrząsają grzmoty, a błyskawice rozrywają tenże nieboskłon. ah, poezja.). A blogów prowadzonych przez byłe studentki biologii, które chcą, ale nie wychodzi, a mimo wszystko dalej próbują? Ile? ;>
Jedno wam powiem. Fajnie jest być unikatem! :)
Właśnie mija rok, okręgłe 365 dni, od pierwszego wpisu, od dnia, w którym na potrzeby blogosfery stałam się Królową Wszechrzeczy.
Przyznaję, w zeszłym roku o tej porze targnął mną implus i potrzeba wylania z siebie potężnej objętości goryczy. Dopiero jakiś czas później doszłam do wniosku, że fajnie jest mieć maleńki kawałek w sieci wyłącznie dla siebie, mieć miejsce, gdzie w końcu, bezkarnie, mogę uprawiać niecenzuralne gorzkie żale.
I to jest niezaprzeczalna zaleta posiadania bloga.
W tym miejscu nie mogłabym nie wspomnieć o ludziach, którzy czytają to, co uroi się w mojej rudej głowie. Muszę przyznać, że zajebiście mnie to wzrusza, kiedy ktoś między facebookiem a kwejkiem zdecyduje się wejść na "Królową...", a czasem jeszcze zostawić po sobie ślad w postaci komentarza. Autentycznie mnie to wzrusza.
Więc niniejszym z całego serca chciałabym podziękować każdemu, kto się na to zdecydował. Wiedzcie, że gdy bloger mówi (pisze, kurwa, PISZE), że blog jest tylko dla niego i blablabla, to kłamie, łże i kręci. Bo gdyby rzeczywiście tak było, to by sobie poszedł do papierniczego, kupił zeszyt w pięciolinię i pisał codziennie "Drogi pamiętniczku".
Decydując się na bloga, decydujemy się na to, że będziemy czytani (być może z rzadka, ale jednak) i oceniani.
Ale wracając do rzeczy. Wasze komentarze motywują mnie do działania, pomagają mi spojrzeć na pewne rzeczy z zupełnie innej perspektywy. Kto nie ma bloga, nie może sobie wyobrazić uczucia, jakie mną wstrząsa, gdy widzę pod notką, że ktoś zdecydował się wyrazić opinię na jej temat ;)
Tak więc jeszcze raz dziękuję.
Tymczasem ja w poprzedniej notce zadeklarowałam zawieszenie mojej grafomańskiej kariery. I przyznaję, że zrobiłam to chyba nazbyt pochopnie, bo byłoby mi bardzo ciężko już na zawsze rozstać się z tym swoistym katharsis, które towarzyszy mi zawsze wtedy, kiedy uda mi się spłodzić notkę wyjątkowo bogatą w słowa powszechnie uważane za niecenzuralne.
A to, czy uda mi się w tym roku dostać na studia, czy nie, to chyba, jeśli chodzi o bloga, nie jest takie znowu pierwszorzędne. Blogów prowadzonych przez studentów medycyny w sieci jest dużo (co ja osobiście sobie cenię, bo ich czytanie jest dla mnie rozrywką w długie letnie wieczory, gdy pachnie jaśmin, a niebem wstrząsają grzmoty, a błyskawice rozrywają tenże nieboskłon. ah, poezja.). A blogów prowadzonych przez byłe studentki biologii, które chcą, ale nie wychodzi, a mimo wszystko dalej próbują? Ile? ;>
Jedno wam powiem. Fajnie jest być unikatem! :)
środa, 6 lipca 2011
trzeba wiedzieć, kiedy skończyć, laleczko.
Po raz pierwszy odkąd założyłam bloga, mam poczucie, że nie był to dobry pomysł. Zawsze wydawało mi się, że będzie on stanowił jakąś pośrednią formę literackiego wyżycia, którego bardzo potrzebuję. Bo lubię opisywać świat w sposób, w jaki ja ten świat postrzegam, mam łatwość w dobieraniu słów, a poza tym zawsze cieszyło mnie, że znajdują się na świecie ludzie, którym ten styl się podoba.
Drugim powodem, dla którego prawie rok temu zdecydowałam się przywdziać maskę Królowej Wszechrzeczy było to, że potrzebowałam dzielić się z ludźmi tym, że nie udało mi się spełnić mojego największego marzenia, którym chyba każdy wie, co było. I jest. Potrzebowałam bloga, żeby móc pokazać, że porażka może stać się sukcesem i że nigdy nie jest tak źle, jak się wydaje.
Chciałam, żeby któregoś dnia "Blog studentki biologii" stał się "Blogiem studentki medycyny".
Tak jak mówię, blog miał być najpierw terapią, a potem nagrodą. Dla mnie największą nagrodą byłoby móc dzielić się z ludźmi, którzy znajdują czas i ochotę na to, żeby tu zajrzeć, tym, jak żyje się dziewczynie na pierwszym, potem drugim, szóstym roku lekarskiego... Takich blogów w sieci jest od cholery, doskonale zdaję sobie z tego sprawę, ale naprawdę tego chciałam.
Natomiast bardzo nie chciałabym być wirtualnym nieudacznikiem, któremu w życiu wychodzi dobrze wyłącznie narzekanie i marudzenie (nie żeby mi było z tego powodu przykro, akurat umiejętności narzekania uważam w moim życiu za wyjątkowo cenne), nieudacznikiem i ciastomózgiem, który bez przerwy próbuje i bez przerwy mu nie wychodzi. A być może po prostu jest za głupi, żeby móc zostać lekarzem.
I właśnie z tego powodu ta notka prawdopodbnie będzie ostatnią. Terapia blogowa była dobrym rozwiązaniem, ale trwająca dłużej niż rok staje się frustrująca.
Piszę "prawdopodobnie", bo pisanie pełni w moim życiu funkcję oczyszczającą i nie wiem, czy wytrzymam bez umieszczania wypocin w internecie. Ale nie wiem, czy będzie mnie stać na to, żeby ten blog utrzymał formę taką, jaką prezentował do tej pory.
Jak pewnie zdążyliście się domyśleć już na samym początku, moja M&M nie okazała się wybitnym sukcesem. Rozjebałam biologię, ale zjebałam chemię, więc nie wróżę sobie powodzenia.
Co prawda listy rankingowe dopiero za jakiś czas, ale myślę, że okres, w którym łudziłam się i miałam nadzieję, był w zeszłym roku. Ten należy do chłodnego realizmu i trzeźwej oceny sytuacji.
***
A teraz jeszczę na chwilę zostanę pajacem, którym tak naprawdę jest Królowa Wszechrzeczy i trochę opowiem o tym, co się dzieje w moim kolorowym życiu.
Wczoraj udało mi się wrócić z Gdyni, czym jestem niezmiernie zasmucona, bo festiwal był GENIALNY. Cudowne jest to, że ludziom nie przeszkadza prażące słońce, piekło w namiotach, ściana deszczu na koncertach, mokre ubrania, brak ciepłej wody, bo interesuje ich tylko muzyka.
Nie wiem, czy chcecie słuchać subiektywnej oceny festiwalu, bo rozumiem, że każdego ekscytuje inna muzyka, inne grupy. Pragnę tylko zaznaczyć, że Pulp, The Strokes czy niepoznana przeze mnie wcześniej Kate Nash, dali koncerty, po których uznawałam, że nadeszła pora, żeby umierać. Bezapelacyjnie rewelacyjne.
Jedynym minusem było to, że wszystko trwało tak krótko.
I to, że mój płaszcz przeciwdeszczowy okazał się wyłącznie przeciwmżawkowym. W konfrontacji z ulewą drugiego dnia przegrał z kretesem już na Brodce.
Jako że nie spałam od naprawdę wieeeeeeeeelu godzin, pozwólcie, że w tej sekundzie was opuszczę, życząc jednocześnie miłego dnia i spokojnej nocy.
Pozdrawiam,
K.W.
Drugim powodem, dla którego prawie rok temu zdecydowałam się przywdziać maskę Królowej Wszechrzeczy było to, że potrzebowałam dzielić się z ludźmi tym, że nie udało mi się spełnić mojego największego marzenia, którym chyba każdy wie, co było. I jest. Potrzebowałam bloga, żeby móc pokazać, że porażka może stać się sukcesem i że nigdy nie jest tak źle, jak się wydaje.
Chciałam, żeby któregoś dnia "Blog studentki biologii" stał się "Blogiem studentki medycyny".
Tak jak mówię, blog miał być najpierw terapią, a potem nagrodą. Dla mnie największą nagrodą byłoby móc dzielić się z ludźmi, którzy znajdują czas i ochotę na to, żeby tu zajrzeć, tym, jak żyje się dziewczynie na pierwszym, potem drugim, szóstym roku lekarskiego... Takich blogów w sieci jest od cholery, doskonale zdaję sobie z tego sprawę, ale naprawdę tego chciałam.
Natomiast bardzo nie chciałabym być wirtualnym nieudacznikiem, któremu w życiu wychodzi dobrze wyłącznie narzekanie i marudzenie (nie żeby mi było z tego powodu przykro, akurat umiejętności narzekania uważam w moim życiu za wyjątkowo cenne), nieudacznikiem i ciastomózgiem, który bez przerwy próbuje i bez przerwy mu nie wychodzi. A być może po prostu jest za głupi, żeby móc zostać lekarzem.
I właśnie z tego powodu ta notka prawdopodbnie będzie ostatnią. Terapia blogowa była dobrym rozwiązaniem, ale trwająca dłużej niż rok staje się frustrująca.
Piszę "prawdopodobnie", bo pisanie pełni w moim życiu funkcję oczyszczającą i nie wiem, czy wytrzymam bez umieszczania wypocin w internecie. Ale nie wiem, czy będzie mnie stać na to, żeby ten blog utrzymał formę taką, jaką prezentował do tej pory.
Jak pewnie zdążyliście się domyśleć już na samym początku, moja M&M nie okazała się wybitnym sukcesem. Rozjebałam biologię, ale zjebałam chemię, więc nie wróżę sobie powodzenia.
Co prawda listy rankingowe dopiero za jakiś czas, ale myślę, że okres, w którym łudziłam się i miałam nadzieję, był w zeszłym roku. Ten należy do chłodnego realizmu i trzeźwej oceny sytuacji.
***
A teraz jeszczę na chwilę zostanę pajacem, którym tak naprawdę jest Królowa Wszechrzeczy i trochę opowiem o tym, co się dzieje w moim kolorowym życiu.
Wczoraj udało mi się wrócić z Gdyni, czym jestem niezmiernie zasmucona, bo festiwal był GENIALNY. Cudowne jest to, że ludziom nie przeszkadza prażące słońce, piekło w namiotach, ściana deszczu na koncertach, mokre ubrania, brak ciepłej wody, bo interesuje ich tylko muzyka.
Nie wiem, czy chcecie słuchać subiektywnej oceny festiwalu, bo rozumiem, że każdego ekscytuje inna muzyka, inne grupy. Pragnę tylko zaznaczyć, że Pulp, The Strokes czy niepoznana przeze mnie wcześniej Kate Nash, dali koncerty, po których uznawałam, że nadeszła pora, żeby umierać. Bezapelacyjnie rewelacyjne.
Jedynym minusem było to, że wszystko trwało tak krótko.
I to, że mój płaszcz przeciwdeszczowy okazał się wyłącznie przeciwmżawkowym. W konfrontacji z ulewą drugiego dnia przegrał z kretesem już na Brodce.
Jako że nie spałam od naprawdę wieeeeeeeeelu godzin, pozwólcie, że w tej sekundzie was opuszczę, życząc jednocześnie miłego dnia i spokojnej nocy.
Pozdrawiam,
K.W.
wtorek, 28 czerwca 2011
the shortest but not pointless!
Niniejszym chciałabym powiedzieć, że żegnam się z internetem na cudowne 5 dni, które spędzam na pewnym gdyńskim festiwalu i zamierzam wykorzystać ten czas najintensywniej jak się da. A proszę mi wierzyć, że jak chcę, to "Intensywność" staje się moim drugim imieniem.
I wcale a wcale nie zamierzam się przejmować tym, że za circa 40 godzin nadejdzie godzina klęski.
No dobra, niech będzie. Sikam ze strachu na samą myśl o tym, co się szykuje 30.VI, ale przecież już jest PO PTOKACH i nic nie zrobię.
Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee, nie piszę o tym. W końcu 40 godzin to 40 godzin, dużo czasu błogiej nieświadomości.
Idę się pakować, bo o 01:13 mam pociąg do Gdynii, a tu wciąż jeszcze tkwię z ręką w nocniku. Plecak leży rozgrzebany, bilet, zarówno ten na pociąg, jak i na festiwal, jeszcze nie został zlokalizowany w ogólnym przedpodróżnym burdelu. Nie mogę nigdzie znaleźć kaloszy, bo ponoć ma PADAĆ.
No ale cóż. TRUDNO. I tak nic mi nie zepsuje radości, jaką sprawia mi wizja 4 dni pod namiotem ;)
Mam nadzieję, że przynajmniej dla części z was też już zaczęły się wakacje i że po bożemu z nich korzystacie ;) A jeśli nie, to właśnie tego wam życzę! ;)
I wcale a wcale nie zamierzam się przejmować tym, że za circa 40 godzin nadejdzie godzina klęski.
No dobra, niech będzie. Sikam ze strachu na samą myśl o tym, co się szykuje 30.VI, ale przecież już jest PO PTOKACH i nic nie zrobię.
Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee, nie piszę o tym. W końcu 40 godzin to 40 godzin, dużo czasu błogiej nieświadomości.
Idę się pakować, bo o 01:13 mam pociąg do Gdynii, a tu wciąż jeszcze tkwię z ręką w nocniku. Plecak leży rozgrzebany, bilet, zarówno ten na pociąg, jak i na festiwal, jeszcze nie został zlokalizowany w ogólnym przedpodróżnym burdelu. Nie mogę nigdzie znaleźć kaloszy, bo ponoć ma PADAĆ.
No ale cóż. TRUDNO. I tak nic mi nie zepsuje radości, jaką sprawia mi wizja 4 dni pod namiotem ;)
Mam nadzieję, że przynajmniej dla części z was też już zaczęły się wakacje i że po bożemu z nich korzystacie ;) A jeśli nie, to właśnie tego wam życzę! ;)
Etykiety:
#alkohol #imperka #zabawa,
jestem w dupie,
koncerciki,
ołpener
niedziela, 19 czerwca 2011
wondering
update Polecam czytać, przy jednoczesnym słuchaniu "Hollywood Hills". To nie mój autorski pomysł, tekst też ni cholery nie o tym, co trzeba, ale faktycznie, całkiem nieźle się sprawdza!
Zastanawialiście się kiedyś nad tym, jak to się dzieje, że kilka sekund decyduje o waszym życiu?
Że jedna decyzja, podjęta być może zbyt szybko, zbyt pochopnie, jednak okazuje się najtrafniejszą decyzją, jaką kiedykolwiek udało wam się podjąć? Albo wręcz odwrotnie, najgorszą, której skutków już nie da się zmienić?
Że idziecie gdzieś bez konkretnego celu, a to zmienia całe wasze życie?
Czy zastanawialiście się, ile w życiu zawdzięczacie przypadkowi?
Jak wielu przyjaciół poznaliście wyłącznie dzięki temu, że los zdecydował się rzucić was w to samo miejsce o tej samej porze?
Ile genialnych piosenek usłyszeliście, bo udało wam się włączyć radio w samochodzie akurat W TYM momencie?
Ile niezapomnianych wspomnień zawdzięczacie zwykłej, przypadkowej zbieżności zdarzeń?
Zdajecie sobie sprawę, jak wyglądałoby wasze życie, gdyby nie to, że X lat temu zdecydowaliście się obrać jakąś konkretną drogę, że wybraliście akurat TO a nie inne rozwiązanie?
Co by było gdybyście kiedyś GDZIEŚ nie pojechali, GDZIEŚ nie poszli, CZEGOŚ nie zrobili, CZEGOŚ nie usłyszeli? Specjalnie podkreślam te wyrazy, bo każdy ma to swoje GDZIEŚ, swoje COŚ, o czym myśli, gdy czyta wynurzenia filozoficznej strony mojej natury.
A pytam, bo właśnie chyba nadszedł w moim życiu ten czas, kiedy muszę się zastanowić "(...)jak to się dzieje, że kilka sekund decyduje o moim życiu".
Kiedy muszę zdać sobie sprawę, jak wiele zawdzięczam tylko temu, że szczęśliwy przypadek zaprowadził mnie tam, gdzie być może wcale nie powinnam była się znaleźć.
I że wierzę w Przypadki. Przez duże P.
Zastanawialiście się kiedyś nad tym, jak to się dzieje, że kilka sekund decyduje o waszym życiu?
Że jedna decyzja, podjęta być może zbyt szybko, zbyt pochopnie, jednak okazuje się najtrafniejszą decyzją, jaką kiedykolwiek udało wam się podjąć? Albo wręcz odwrotnie, najgorszą, której skutków już nie da się zmienić?
Że idziecie gdzieś bez konkretnego celu, a to zmienia całe wasze życie?
Czy zastanawialiście się, ile w życiu zawdzięczacie przypadkowi?
Jak wielu przyjaciół poznaliście wyłącznie dzięki temu, że los zdecydował się rzucić was w to samo miejsce o tej samej porze?
Ile genialnych piosenek usłyszeliście, bo udało wam się włączyć radio w samochodzie akurat W TYM momencie?
Ile niezapomnianych wspomnień zawdzięczacie zwykłej, przypadkowej zbieżności zdarzeń?
Zdajecie sobie sprawę, jak wyglądałoby wasze życie, gdyby nie to, że X lat temu zdecydowaliście się obrać jakąś konkretną drogę, że wybraliście akurat TO a nie inne rozwiązanie?
Co by było gdybyście kiedyś GDZIEŚ nie pojechali, GDZIEŚ nie poszli, CZEGOŚ nie zrobili, CZEGOŚ nie usłyszeli? Specjalnie podkreślam te wyrazy, bo każdy ma to swoje GDZIEŚ, swoje COŚ, o czym myśli, gdy czyta wynurzenia filozoficznej strony mojej natury.
A pytam, bo właśnie chyba nadszedł w moim życiu ten czas, kiedy muszę się zastanowić "(...)jak to się dzieje, że kilka sekund decyduje o moim życiu".
Kiedy muszę zdać sobie sprawę, jak wiele zawdzięczam tylko temu, że szczęśliwy przypadek zaprowadził mnie tam, gdzie być może wcale nie powinnam była się znaleźć.
I że wierzę w Przypadki. Przez duże P.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







