sobota, 10 grudnia 2011

pre-christmas note!

Ludzie dzielą się na dwie kategorie.
Na tych, którzy słysząc "Last Christmas" natychmiast wyłączają radio i na tych, którzy je podgłaszają.
No więc ja jestem z tej drugiej kategorii.
I nie łączy się to wyłącznie za moją bezgraniczną miłością do George'a Micheala (aczkolwiek jest ona bezwzględnie niezaprzeczalna i gdyby nie to, że Żorż jest gejem to byłby nr 2 na mojej gruppie-liście; pierwsze miejsce jest już na zawsze zarezerwowane dla Micka Jaggera), ale także z równie bezgraniczną miłością do świąt.
I nie mam tu na myśli aspektu, hmmm... religijnego (albowiem w kościele nie bywam nawet w święta, ale pozwólcie, że nie będę tego rozwijać), ale ten, znowu brak mi odpowiedniego słowa, ... rodzinny. A w tym roku doceniam go nawet bardziej, ze względu na przebywanie NA OBCZYŹNIE.
W każdym razie dla mnie "Last Christmas" nie tylko najgenialniejszą piosenką świąteczną, ale także jedną z najlepszych piosenek w ogóle. Jako iż ma więcej lat ode mnie, to towarzyszy mi przez całe życie i jakoś ciężko wyobrazić mi sobie święta bez tego smutnego refrenu.
Ale o czym to ja chciałam, rozpoczynając tym nieco przydługim wstępem...
Aaaaa, no święta idą! :)
Za tydzień o tej porze będę już w domu, po raz pierwszy od ponad miesiąca i naprawdę bardzo cieszy mnie ta perspektywa. Staram się nie myśleć o tym, że do tego czasu muszę zaliczyć szpilki, teorię z anatomii, wejściówkę z parazytów, sprawdzian z łaciny no i oczywiście historię medycyny (jaaaaaaaasne). Po prostu za tydzień już będę w domu.
Jestem autentycznie zakręcona na punkcie kupiowania prezentów, pakowania ich, układania pod choinką, na punkcie pieczenia pierniczków (a potem idzie w dupę, idzie), chodzenia po oświetlonej Piotrkowskiej, spotykania się z przyjaciółmi i picia imbirowego piwa (ot, taka przyjemna bożonarodzeniowa tradycja), na punkcie wąchania cynamonu i mandarynek...

Ale żeby nie było tak cukierkowo (i tak przed świętami przewiduję napisać jeszcze przynajmniej jedną notkę, więc tego świętecznego cukru będzie do porzygu :)), to teraz pół ŚUMu żyje gwałtami na Ligocie. Obserwuję narastającą psychozę wsród żeńskiej części studenckiej braci, i to wcale nie taką bezpodstawną, jakby się mogło wydawać. Znam sporo ludzi, studiujących w Katowicach i wcale nie dziwię się temu, że się boją.
Dziwniejsze jest to, że wsród zabrzańskich studentek także zaczyna się szerzyć panika. Ponoć gwałty rozpoczęły się w Gliwiach, teraz Katowice... Zważywszy na dogodne położenie zabrzańskiej uczelni (środek LASU) i wykazywaną przez domniemanego seryjnego gwałciciela słabością do studentek wiele osób podejrzewa, że WAMPIR może zawitać także tutaj.
Nie lubię takich wszystkich naciąganych teorii, ale chyba jednak skończę z chodzeniem na łacinę słynnym leśnym skrótem. Niby wszyscy od początku mówili, żeby nie chodzić tamtędy po zmroku, bo można łatwo spotkać dzika, ale teraz to może lepiej dmuchać na zimne. Strzeżonego... i tak dalej.

A wracając do rzeczy przyjemniejszych, w radiu leci właśnie moja druga ulubiona piosenka okresu przedświątecznego, w której najlepsze jest to, że ona w ogóle nie jest o świętach. I choć do coverów zwykle odnoszę się chłodno, tak tutaj przyznaję, że do tej nie-oryginalnej wersji mam większą słabość niż do pierwowzoru...

3 komentarze:

  1. U nas kwasem oblewali w tramwajach, u was gwałcą widzę

    Last Christmas ;***

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja lubię Last Christmas, ale też co za dużo to nie zdrowo :)

    OdpowiedzUsuń
  3. @kardiolog :) - patologia w tym kraju, od Bałtyku aż po Tatry (a po Śląsk to już na pewno!)
    @erjota - ja tam jestem hedonistką, jak coś jest przyjemne to robimy to aż do porzygu ;D (znowu źle to brzmi)
    W każdym razie dla mnie Last Christmas nigdy dość! ;)

    OdpowiedzUsuń